Pięć kółek szczęścia - czyli o biegu Barkley Marathons

Kategorie: 

Źródło: By ChristopherM - Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2090414

Jest na świecie wiele biegów, wiele biegowych kategorii i sposobów biegania. Można pobiec na sportowo, można po piwo.

Mamy sławne maratony: Nowy Jork, Londyn, Berlin, Chicago, Budapeszt, by wimienić kilka. Są niezwykle trudne biegi na dystansach ultra (za takie zwykło się uważać zawody rozgrywane są na dystansach dłuższych, niż maratońskie 42195 metrów).

Warto wspomnieć najsławniejsze, a więc: UTMB - bieg dookoła Mont Blanc na dystansie 168 km, Marathon des Sables (Maraton Piasków - 230 km po Saharze), Western States (161 km po górach Sierra Nevada), Fat Dog 120 (120 mil po Górach Kaskadowych w Kanadzie), Hardrock 100 w Kolorado, Tarawera na Nowej Zelandii.

Mamy wreszcie naszego swojskiego bieszczadzkiego Rzeźnika (78 km plus dystanse 100 i 140 km dla chętnych) czy Chudego Wawrzyńca (dystanse 50 i 80 km w Beskidzie Żywieckim).

A jednak jednym z najciekawszych biegów na naszej planecie, zapewne nieznanym szerokiej publiczności, jest z pewnością Barkley Marathons, ukryty głęboko w Apallachach, w stanie Tennessee.

Bieg rozgrywa się w  rezerwacie Frozen Head State Park leżącym na terenie Morgan County, w niedostępnych górach Crab Orchard, będących częścią łańcucha Cumberland  w południowo-wschodnich Apallachach. To jedna z najdzikszych, najsłabiej zaludnionych i najbardziej niedostępnych części stanu Tennessee i USA w ogóle.

Barkley Marathons jest głęboko ukryty nie tylko w górach, ale też w środkach przekazu, bo żeby w nim pobiec, trzeba najpierw dowiedzieć się… jak się zgłosić, bo nie jest to szeroko komunikowane. Potem trzeba wysłać aplikację, zdać egzamin(!) i znaleźć się w gronie 40 szczęśliwców, którzy zostaną zaproszeni do biegu. Co ciekawe, co roku zapraszana jest jedna osoba, która NIE SPEŁNIA żadnych wymogów i jest swego rodzaju maskotką. Zazwyczaj odpada pierwsza.

Zasady Barkley Marathons są proste: wpisowe wynosi 1 dolar, 60 centów i jakiś gadżet zależny od kaprysów organizatora (flanelowa koszula, skarpetki, tablica rejestracyjna z Twojego kraju). Biegnie się po okręgach, które zaczynają się i kończą przy słynnej żółtej bramie na leśnym parkingu. Biegacze atakują każde kółko w odwrotną stronę (pierwsze zgodnie z ruchem wskazówek zegara, kolejne przeciwnie). Każde kółko ma około 35 km, ale i tak wychodzi więcej, bo można się zgubić. Kółek jest pięć. Łączny dystans to około 160 km (100 mil).

Około, bo trasa jest tajemnicą i trzeba ją sobie wyznaczyć samemu na podstawie rysunku i punktów orientacyjnych dostarczonych przez Organizatora.. Żeby udowodnić, że przebiegło się kółko po trasie, trzeba przynieść 11 kartek wyrwanych z 11 książek ukrytych w lesie na niby punktach kontrolnych – wyrywasz kartkę ze swoim numerem startowym. Oczywiście książki też sobie musisz znaleźć. Nie można używać elektroniki, telefonów, GPS – tylko papierowa mapa, ołówek i kompas. W historii biegu około 30 zawodników odpadło „przed pierwszą książką” ukrytą na drugiej mili… Książki mają znamienne tytuły zazwyczaj. "Idiota", "Śmierć w lesie" i takie tam.

Łączne przewyższenie odpowiada temu, które trzeba pokonać wchodząc na Mount Everest. Dwukrotnie. Oficjalnie to 54 200 stóp, jakieś 16 kilometrów.

Bieg organizowany jest od 1986 roku. Ukończyło go jak do tej pory 14 osób. W tym jedna dwukrotnie (Brett Maune) i jedna trzykrotnie (Jared Campbell). Rekord należy do Bretta Maune i wynosi 52:03:08. Pięćdziesiąt dwie godziny, trzy minuty i osiem sekund. Limit czasu to 60 godzin.

Można przebiec cały dystans, ale to trudne, jak pokazuje historia albo tak zwany Fun Run, czyli trzy kółka. Sporo osób traktuje Fun Run jako cel życiowy.

Pomysłodawcą, organizatorem i dyrektorem biegu jest guru biegania ultra Gary "Lazarus Lake" Cantrell, który wpadł na pomysł zoragnizowania tych zawodów, gdy usłyszał w 1977 roku o ucieczce Jamesa Earla Raya, zabójcy Martina Lutera Kinga, z pobliskiego więzienia Brushy Mountain State Penitentiary. Trasa biegu prowadzi zresztą tunelem pod tym więzieniem.

Cantrell zrobił wszystkim psikusa, bo początkowo nie powiedział, że cały bieg ma pięć kółek. Nikt wówczas nie biegał takich dystansów. Dopiero w 1995 roku, kiedy Mark Williams ukończył cały bieg, Cantrell przyznał, że od początku chciał organizować zawody na dłuższym dystansie.

I zawsze, na znak rozpoczęcia biegu, zapala papierosa.

By Michael Hodge - https://www.flickr.com/photos/mhodge/3412112995/, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=48695343

Co ciekawe, mimo tak trudnego profilu i ekstremalnego wysiłku, który muszą włożyć zawodnicy, nigdy nie doszło do wypadku śmiertelnego, obeszło się również bez szczególnych historii związanych z wypadkami lub zagrożeniami.

A czemu Barkley Marathons? A bo Barkley to nazwisko kumpla Cantrella, fajnego gościa, który mieszka w okolicy Wink

 

 

Ocena: 

Nie ma jeszcze ocen

Skomentuj