Meksyk na torze - GP dla Hamiltona i czkawka Vettela

Kategorie: 

Źródło: kadr YouTube

Wszyscy wiedzą dobrze, że Formuła 1 to nudy. Straszne nudy, szczególnie, jak już tam nie ma Kubicy. Nawet Polsat to wie.

Kierowcy jadą jak po sznurku i to dizlami. Nic sie nie dzieje. Wyprzedzanie jest praktycznie niemożliwe, a już na pewno mało prawdopodobne. Zmieniają sobie koła w 2 sekundy i wszyscy sie zachwycają od razu, jak to był piękny pit-stop. Czasem się jakieś koło nie dokręci. Czasem któryś wypadnie z trasy, pojedzie po trawie, nakurzy trochę i zaraz wraca. Jakiś Race Control bada zdarzenia i daje 5 sekund kary. I tak przez 70 okrążeń.

Ale jednak od czasu do czasu trafi się perełka, dla której warto poświecić 2 godziny przed TV. Z pewnością takim wydarzeniem było ostatnie GP Meksyku rozgrywane na Autódromo Hermanos Rodríguez w stolicy tego kraju.

Zawody zapowiadały się oczywiście ciekawie jeszcze przed startem - różnica punktowa między Rosbergiem i Hamiltonem pozwalała oczekiwać całkiem pasjonującej bratobójczej walki w drużynie Mercedesa. Obaj dostali zielone światło, zespół oficjalnie nikogo nie wyróżniał. Wiadomo, że obaj są sportowcami z krwi i kości, a na dodatek z gorącymi głowami. Szczególnie Hamilton, który w tym układzie był niemal zmuszony do szaleńczej jazdy, bo gdyby Rosber wygrał, to zapewniłby sobie tytuł mistrzowski przed zakończeniem sezony. A dla podkręcenia smaku - to Rosberg wygrał wyścig na tym torze w roku 2015.

Sam start dał wiele emocji - Hamilton wylądował na poboczu, przeciął trawnik, wrócił na tor i utrzymał prowadzenie. Co ciekawe, nie dostał żadnej kary czasowej, chociaż z pewnością pomogło mu to utrzymać pozycję.

Prawdziwy Meksyk jednak to historia zmagań Vettela z kierowcami zespołu Red Bull, Holendrem Maxem Verstappen i Australijczykiem Danielem Ricciardo. Nota bene, świetne jest to malowanie Red Bulla w tym sezonie.

Przede wszystkim napisać należy, że Vettel jechał doskonały wyścig. Pokazał klasę kierowcy, pokazał co można wyciągnąć z przeciętnego w tym sezonie Ferrari. Można zarozumiałego Niemca nie lubić, można być fanem jego nordyckiego uśmiechu, ale sprawiedliwie oceniając jego występ - to on był zwyciezcą i zasłużenie został kierowcą dnia.

Zachowanie Verstappena było karygodne. Na ostatnich okrążeniach, kiedy powinien oddać Vettelowi pozycję za nieuprawnione przecięcie szykany, zaczął blokować Niemca, ewidentnie próbując ułatwić manewry Danielowi Ricciardo, który skrobał Vettelowi błotniki.

Zostało to zauważone przez sędziów, którzy ukarali Holendra pięciosekundówką po wyścigu. Przez to Verstappen spadł na 5 lokatę, będąc już w pokoju kierowców, tuż przed wyjściem na podium. Warto było poczekać, żeby zobaczyć wyraz jego twarzy.

Niestety, radość Vettela nie trwała długo.

Wyszedł na podium, popił szmpana, pocieszył się trochę, ale niedługo potem sam dostał karę... 10 sekund i finalnie spadł na 5 pozycję. Kara została wymierzona za "zmianę kierunku jazdy przy obronie pozycji", jak głosi oficjalny komunikat. Można przypuszczać, że nie obyło się bez solidnej zakulisowej interwencji zespołu spod znaku czerwonego byka.

Taki to już sport, takie czasy i takie obyczaje.

Kiedyś to były wyścigi. Trzeba było naprawdę twardziela, żeby z gołą głowa zasuwać 300 na godzinę konserwą bez pasów...

Następna sesja na legendarnym torze Interlagos w Brazylii. Jeśli wygra Rosberg (a wygrywa tam już dwa lata z rzędu) - będzie świętować mistrzowski tytuł. Jeśli ktoś inny - zrobi się naprawdę ciekawie. Ciekawe też będzie obserwowanei Vettela, który z pewnością nie zostawi tak sprawy z Red Bullami.

 

Ocena: 

Nie ma jeszcze ocen

Skomentuj