GP Brazylii - najszybsze kajaki świata

Kategorie: 

Źródło: kadr YouTube

Deszcz, deszcz, deszcz - to słowo zawsze w fanach Formuły 1 wzbudza wiele emocji. I tym razem solidne opady zapewniły wiele wrażeń!

Wyścig na torze Interlagos, już od mniej więcej piątkowych sesji treningowych, zapowiadał się niezwykle emocjonująco, gdyż pierwsze prezcyzyjne prognozy pogody mówiły zgodnie jedną rzecz: będzie padać albo nie będzie padać. A trzeba dodać, że chyba wszyscy kierowcy - poza Nico Rosbergiem - w deszczu upatrywali swojej szansy na włączenie się do rywalizacji Mercedesów.

Deszcz zaczął sprawiać niespodzianki jeszcze przed formalnym rozpoczęciem wyścigu - Roman Grosjean na okrążeniu przygotowawczym wyjechał poza tor, urwał koło i ostatecznie nie pojechał. Wyścig wystartował za samochodem bezpieczeństwa, który blokował kierowców wielokrotnie po wypadkach, stłuczkach, poślizgach. Nie uniknęli ich najlepsi - Vettel, Alonso, wreszcie roztrzaskał się Raikonnen i niestety Massa.

Dla Massy był to ostatni wyścig na domowym torze Interlagos - jakby na przekór pechowi, brazylijski kierowca, który w strugach deszczu, zapłakany, owinięty brazylijską flagą, na piechotę wracał do boksu z rozbitego samochodu, ukradł na wiele minut show całemu światu F1 i na pewno przejdzie do historii wiele jego zdjęć. Widział to cały świat. Szczerze żałowałem, że Massa nie został zaproszony na podium podczas dekoracji zwycięzców. To byłby świetny gest świata F1 wobec tego kierowcy.

Jednak to nie Felippe Massa, nie deszcz, nie przewry w wyściugu i spektakularne wycieczki poza tor zapamiętane zostaną po deszczowych zmaganiach w Brazylii w roku 2016, ale być może początek nowej epoki w F1 - jazda Maxa Verstappena to była magia dawnych czasów...

Max Verstappen

Źródło: You Tube

Red Bull, co trzeba jasno napisać, popełnił gigantyczny błąd w strategii zmiany opon. Widać mieli alternatywne prognozy pogody i spodziewali się, że deszcz zelżeje. W momencie, gdy Verstappen wyprzedził Rosberga, znalazł się na 2 miejscu w stawce i zaczął dochodzić Hamiltona, zespół zdecydował się na... pit stop i zmianę opon na pośrednie, choć na torze było mokro jak w wannie. Gdyby deszcz przestał padać, pewnie by tym posunięciem wygrali wyścig, bo gumy musiałby zmienić też Hamilton i Rosberg. Ale gdyby nie zjechali - to pewnie młody Holender doszedłby Hamiltona, bo tempo miał lepsze.

Verstappen wrócił z pit stopu daleko w tyle i wtedy... po prostu zaczął wyprzedzać wszystkich po kolei, jakby jechał w rónwnoległej rzeczywistości. To była magiczna jazda, przypominająca to, czego już dawno w F1 się nie ogląda, bo sport ten został zamordowany przez technikalia, strategie, urywanie setnych sekundy w boksach. Verstappen ścigał się tak, jak kiedyś Fittipaldi, Lauda, Hunt, Schumacher, wreszcie - Senna. Jechał ostro, agresywnie, brawurowo, wyprzedzał po zewnętrznej, wdawał się w przepychanki. To nie była kalkulacja i szukanie setnych części na okrążeniu - to był prawdziwy wyścig z krwi i kości. Trzeba było widzieć, jak on wyszedł w poślizgu na pełnej prędkości!

Być może byliśmy wczoraj świadkami narodzin kolejnej legendy Formyły 1? Kto wie, bo człowiek to jeszcze młody i może nasiąknąć wieloma fatalnymi nawykami tego zamkniętego światka.

Ostatecznie Verstappen zakończył na miejscu trzecim i to jest informacja podawana w znaczeniu "miałeś szczeście, Mercedesie jeden". Hamilton oczywiście wygrał. Drugi był Rosberg, który jechał okropnie - widać było, że nie czuje się dobrze w takich warunkach, że to nie jest jego nawierzchnia. Widać było, że się bał.

Sytuacja w stawce jest w zasadzie poukładana, bo nawet jeśli Hamilton wygra w Abu Zabi, to Rosbergowi wystarczy zająć 4 miejsce, aby założyć koronę. Ale jednak za plecami mają tego małolata z Holandii, który jeszcze może z czymś wystrzelić...

 

Ocena: 

5
Średnio: 5 (1 vote)

Skomentuj