Kwiecień 2017

Sędziowski skandal, a może mała teoria spiskowa?

Wczorajsze spotkanie między Realem Madryt i Bayernem Monachium przyniosło wiele emocji na boisku.

Oczywiście byliśmy świadkami doskonałego, szybkiego i świetnego sportowo pojedynku pomiędzy wielkimi europejskimi drużynami. Wielu komentatorów wspominało, że to przedwczesny finał Ligi Mistrzów, a zwycięzca tego spotkania jest w zasadzie murowanym kandydatem do piłkarskiej Korony Europy.

Niestety, jak to niezwykle często bywa, emocji dostarczyli również sędziowie. Trzeba powiedzieć jasno, że poziom arbitrów to było coś porażającego. Węgierski sędzia Viktor Kassai i jego asystenci popisali się nieudolnością i brakiem spostrzegawczości, popełnili masę omyłek, które w sposób oczywisty wpływały na wynik spotkania.

Arturo Vidal wyleciał z boiska z czerwoną kartką (dostał drugą żółtą) za przewinienie, które tak naprawdę powinno skutkować zwykłym rzutem wolnym i pogrożeniem palcem. To nie był faul na kartkę, to nie było zachowanie agresywne, złośliwe, celowe – zwykła walka o piłkę, w wielu ligach nikt by nawet tego nie gwizdnął.

Po drugiej stronie bramki - Ronaldo w trzech sytuacjach, w których asystował lub strzelał gole, był na spalonym. W tym raz na spalonym blisko metrowym. I to są fakty nagrane na dyskach. Można zobaczyć powtórki.

W mediach pojawiły się doniesienia (słabo na razie potwierdzone) jakoby po meczu Lewandowski, Vidal i Thiago wpadli do szatni sędziów i ostro ich zwyzywali – podobno musiała wyprowadzać wściekłych piłkarzy policja i było naprawdę gorąco, niebezpiecznie blisko rękoczynów. Trudno usprawiedliwiać takie zachowanie, ale złość tych piłkarzy chyba jest zrozumiała.

Są dwie możliwe ścieżki analizy tego meczu. Pierwsza to taka, że sędziowie nie dorośli do swoich ról, że zjadły ich emocje i stres, że po prostu to zniszczyli. I swoje kariery przy okazji zapewne. I tu sprawa jest jasna, chociaż przykra i boli niesprawiedliwość. Ale taki jest ten sport.

Druga droga to taka, że – mówiąc wprost – Real miał ten mecz wygrać. UEFA to organizacja mało transparentna, zorientowana – jak każda korporacja – na zysk i przychody.

Real to lepsza marka niż Bayern. Nie bez powodu La Liga jest transmitowana przez największe płatne platformy telewizyjne, a Liga Niemiecka do niedawna mieszkała sobie na Eurosporcie dostępnym w każdej kablówce.

Łatwo więc wyobrazić sobie, że lepiej mieć w rozgrywkach większą maszynkę do robienia pieniędzy, lepsze koszulki, ładniejsze twarze, droższe kontrakty reklamowe z topowymi produktami.

Nie mamy dozwolonych powtórek wideo. Nie mamy narzędzi weryfikacji pracy sędziów w trakcie meczu. Nie mamy narzędzi do cofnięcia złych decyzji.  Łatwo jest w takich sytuacjach powiedzieć po cichu: „sędziujcie dobrze, ale wiecie, cenimy te lepsze koszulki, te większe pieniądze”. A może to nie spisek, tylko wygrały jakieś osobiste sympatie arbitrów?

Ale proszę nie brać tego za jakąkolwiek sugestię, jakiekolwiek oskarżenie. To tylko luźna dyskusja. To tylko dziwnie wygląda, a jako obserwatorzy mamy prawo się dziwić.


Nowy sezon F1 - nowe szaty cesarza?

Formuła 1 się zmienia. Zmiany widoczne są gołym okiem w postaci trochę bardziej kwadratowych bolidów, trochę bardziej okrągłych opon, nowych twarzy w kręgach zarządzających (zarabiających). Ba, nawet tory są nowe!

Sezon 2017 miał przynieść niemal rewolucję. Miało być szybciej, bardziej efektownie i dynamicznie jak nigdy. Miało być, że strategia to nie tylko zmiany opon i czekanie na milimetrowy albo milisekundowy błąd przeciwnika.

No i powiedzmy sobie szczerze – ten sezon na razie nie przyniósł rewolucji. No dobra, jest szybciej, ale wszyscy mają szybciej, no to nic nie widać, że szybciej.

W Melbourne wygrał Vettel. W Chinach – Hamilton. Karty rozdają nadal te same stajnie i nazwiska. Paradoksalnie – zwiększone rozmiary bolidów spowodowały, że wyprzedzanie stało się wręcz trudniejsze, bo… na zakrętach ciężko przejechać obok siebie dwóm samochodom. Tory są za wąskie. Nie mieszczą się.

Opony zmienia się tak samo, a największą atrakcją komentatorską są dywagacje, kto kiedy zjedzie na pit-stop i czy już zmienił na bardzo klejące gumy, czy jeszcze nie. Dalej bez zmian.

Aj, przepraszam, dobra – Vettel się kontrowersyjnie ustawił na starcie, tak trochę krzywo. A Verstappen znowu pogonił kota z miejsca 16 na 6, wyprzedzając jak szalony wlokące się ogony mistrzowskiej stawki. To było fajne. Trzeba mieć nordyckie kohones, żeby się tak na starcie ustawić.

Zmianę widać jak na razie w podejściu do Królowej Sportów Motorowych. Alonso zapowiedział, że nie pojedzie w GP Monako. Nie pojedzie i już. Bo woli jechać w Indy 500, czyli serii amerykańskiej co to polega na tym, że się jedzie w kółko. Zygzak Mak Kłin tak robił.

Ma ta decyzja podwójne dno: pierwsze to fakt, że Alonso jest nieszczęśliwy w marnym McLarenie i nieszczęśliwy w F1. Drugie dno: Formuła 1 idzie do USA i trzeba sobie zacząć tam robić nazwisko. Prestiż F1 spada. Przenosi się środek ciężkości. Tory się prostują, bo kibic amerykański nie lubi jak jest za dużo zakrętów. Tyle liczenia…

No i na dodatek władze Malezji powiedziały, że nie chcą już u siebie GP, bo powoduje to ogromne koszty i się nie zwraca. Zarabiają tylko włodarze F1. To nie jest dobry biznes - dociągną kontrakt do końca, bo tak trzeba, a potem dzięujemy.  Amerykanie zrobili sobie miejsce na dodatkowy weekend za oceanem.

To dopiero początek sezonu. Wszystko się może zdarzyć, chociaż wiele wskazuje na to, że na pewno nie zdarzy się obiecywana rewolucja.

 


Atak na drużynę BVB i odwołany mecz Ligi Mistrzów

Wczoraj około godziny 19:15 doszło w Dortmundzie do zamachu bombowego na autobus, którym na mecz z AS Monaco jechała piłkarska drużyna BVB.

Obok autobusu eksplodowały 3 ładunki wybuchowe, niszcząc mocno pojazd i raniąc hiszpańskiego obrońcę niemieckiej drużyny, Marca Bartrę. Piłkarz przeszedł już operację.

Bomby wybuchły, gdy autobus ruszał spod hotelu w stronę stadionu i mogły być ukryte w żywopłocie rosnącym tuż przy parkingu hotelowym. Niemiecka policja potwierdziła, że celem ataku była drużyna BVB i zdarzenie to nie było przypadkiem. Niedeleko znaleziono list i prawdopodobnie kolejny ładunek przygotowany do odpalenia. Policjanci na razie nie potwierdzają wątku terrorystycznego (w rozumieniu terroryzmu islamskiego), jednak w okolicy wprowadzono stan gotowości.

Lokalne władze nie mówią nic więcej na temat listu znalezionego w miejscu zamachu, nie potwierdzają w jakim został napisany języku. Śledztwo prowadzone jest w kierunku "przestępstwa" a nie "zamachu terrorystycznego", jak informują.

Jednocześnie rzecznik dortmundzkiej policji stwierdził, że ładunki były "poważne", że nie były to sylwestrowe petardy, co wskazywać może na profesjonalne przygotowanie zamachu prze ludzi wyszkolonych do takiego rodzaju akcji.

Oczywiście wczorajszy mecz został odwołany, a właściwie przełożony. Data spotkanie nie jest jeszcze potwierdzona.

 


Zgrywus Kubica

Wydaje się, że Robert Kubica, najlepszy kierowca świata wśród pechowców, przekroczył wczoraj delikatną linię śmieszności.

Z jednej strony decyzję taką można zrozumieć, bo zespół ByKolles pokazał totalnie nieprofesjonalne podejście do testów i okresu przygotowawczego przed sezonem. Z drugiej strony - nagła decyzja, że "może jednak nie pojadę" to chyba zachowanie przystające kierowcy podwórkowemu, a nie komuś, kto aspiruje do światowej czołówki. Przynajmniej medialnie.

Gdy Twój zespół ma kłopoty, to go wspierasz, stawiasz mu wyzwanie i dołączasz do prac, które go wzmacniają, a nie strzelasz focha na Facebooku.

 

Że coś nie gra, wiadomo było od początku. ByKolles przejechał w Prologu tylko kilka okrążeń, podczas gdy inni zawodnicy pokonali po kilkaset kółek. Kubica pozował tylko do zdjęć, pełniąc rolę raczej reprezentacyjną, takiej kobiety z wąsami ze starodawnych cyrków. Chyba miał za zadanie przyciągnąć aparaty do garaży ByKolles.

Dla Kubicy na pewno nie była to sytuacja komfortowa, bo rola maskotki w podrzędnym (jednak) zespole wyścigowym na pewno nie jest szczytem marzeń. Pokazuje to również jednak, że ciężko mówić w przypadku polskiego kierowcy o realnych szansach powrotu do prawdziwego ścigania na torach, co chyba jest jego celem.

Wszystko to kończy się jednak na popularności i wartości medialnej jego nazwiska. Kubica ciągle przyciąga ludzi na trybuny i przed telewizory, widać to po statystykach odwiedzin stron, na których o nim piszemy. Nas, Polaków, ciekawi ten człowiek, bo jest Polakiem, rodzynkiem tak wysoko w świecie sportów motorowych. Ludzi na świecie przyciąga już chyba raczej jego trudna historia i powiązanie z mocnym medialnym zakrętem w jego życiu.

Czy jest zdolny Robert Kubica przyciągać jeszcze swoimi umiejętnościami za kierownicą? Tu są dwie odpowiedzi: jedna twierdząca, bo kierowcą jest wybitnym. Z drugiej strony, aby wybitny kierowca mógł przyciągać ludzi do transmisji, potrzebuje wybitnych sponsorów. A takie decyzje, że dzisiaj jadę LMP1, a jutro to już nie jadę - takie decyzje sponsorów i kapitału nie przyciągną.