Grudzień 2016

Kapustka nie na wynos...

Nie dzieje się dobrze z Bartoszem Kapustką, a dokładnie z karierą młodego polskiego zawodnika.

Kilkakrotnie poruszaliśmy na łamach tosport.pl sprawę transferu Polaka do Premiership, wskazywaliśmy proroczo, że takie rozwiązanie prawdopodobnie skaże utalentowanego piłkarza na wegetację w klubie, który powoli stacza się do drugiego rzędu.

Managerowie piłkarscy zawiadujący karierą Bartosza Kapustki połasili się na szybie pieniądze i szybkie sukcesy. Sprzedaż Kapustki do Leicester wydawała się rozwiązaniem spektakularnym, transferem roku – oto młoda strzelba trafia do Mistrza Ligi Angielskiej. Tyle tylko, że to mistrz jednego sezonu, a strzelba była jeszcze słabo nabita.

Kapustka utknął w Leicester na dobre. Ani nie gra w składzie podstawowej drużyny, ani nawet nie siada na ławce w meczach ligowych. Sprawdzany jest w meczach młodzieżowych, ale to jednak wielka degradacja dla młodego zawodnika, który nazywany był „rewelacją” podczas ostatniego Euro.

Kapustka – zrozumiale niezadowolony ze swojej pozycji  w klubie – chciałby uciekać, ale tutaj dochodzą do głosu przepisy FIFA, które zabraniają piłkarzowi występów w więcej niż dwóch drużynach w ciągu jednego sezonu. A Kapustka występował już w Leicester i w Cracovii. I klops.

Jedyną opcją mógłby być powrót (poprzez wypożyczenie) do składu polskiej drużyny, ale to chyba raczej wizja fantastyczna, co podkreślają władze krakowskiego klubu.

I tak młody talent wsiąkł beznadziejnie gdzieś poza głównym nurtem…


Projekt Breaking2 - morderczy marketing Nike

Całkiem niedawno, przy okazji jesiennej serii największych światowych maratonów, zastanawialiśmy się na łamach tosport.pl nad fenomenem złamania 2 godzin w biegu maratońskim.

I oto amerykański gigant, firma Nike, nierozerwalnie związana od dziesięcioleci z bieganiem, ogłosiła projekt Breaking2, którego celem jest pokonanie bariery 2 godzin na królewskim dystansie biegowym. Projekt reklamowany jest wymownym hasłem: 1:59:59

Do jego realizacji Nike zaprosił trzech wielkich sportowców: Eliuda Kipchoge z Kenii, Lelisa Desisa z Etiopii oraz Zersenaya Tadese z Erytreii. Ten ostatni jest rekordzistą świata w półmaratonie, pozostali mają czasy na poziomie 2:03-2:04 w biegach maratońskich. To właśnie oni, wraz z całym zespołem zaplecza technicznego i medycznego, będą królikami doświadczalnymi w tym zabójczym eksperymencie.

Zabójczym, bo wielu ekspertów uważa dziś, że pokonanie bariery 2 godzin to rzecz do wykonania niemożliwa dla człowieka. Dotychczasowy rekord w maratonie wynosi 2:02:57 i od dwóch lat należy do Kenijczyka Dennisa Kimetto.

Kimetto musiałby biec o około 7 sekund szybciej na każdym kilometrze, poprawić swój rekord aż o 3 %, aby pokonać granicę wyznaczoną przez Nike.  A to z kolei oznacza, że jego prędkość musiałaby wynosić około 22 km/h średnio, tempo zaś oscylować w granicach 2:51 min/km. I tak przez dwie godziny. No niby niecałe dwie…  Istnieją jednak ludzie, całkiem wysportowani, dla których trudne jest utrzymanie takiego ciągłego tempa nawet … na rowerze.

Nike twierdzi oczywiście, że jedyne, czego potrzeba biegaczom do „złamania dwójki”, to dobre buty. Molekularne, kosmiczne, jeszcze nie istniejące.  Nike mówi w swoim komunikacie medialnym:  „Breaking2 ma odkrywać nowe obszary, dawać szansę przekonać się czy to, co uważamy za niemożliwe, znajduje się w zasięgu ręki. Projekt realizuje misję Nike: inspiruje i pozwala na tworzenie innowacyjnych rozwiązań dla wszystkich sportowców świata”.

Jednak nieodparte jest wrażenie, że projekt ma odkrywać przede wszystkim nowe obszary marketingowe i nowe granice sprzedażowe, bo z punktu widzenia sportowego nie wnosi niczego ciekawego do zmagań maratończyków. Wielu trenerów już w czasach łamania 2:05 wspominało, że dalsze poprawianie wyniku igra ze zdrowiem i życiem zawodników, narażając ich na nadludzkie przeciążenia.

W maratonie granicę 3 godzin złamano 100 lat temu. Cały wiek zajęło biegaczom dotarcie do miejsca, w którym są teraz. Były to zmagania ludzkich organizmów, słabości, a także technologii – butów, techik treningowych, technik suplementacji (mowa to u tej dozwolonej suplementacji).

Dzisiaj silnikiem zmian jest marketing i zysk. Wystarczy powiedzieć jedno: Dennis Kimetto i Wilson Kipsang, obecnie najszybsi maratończycy na świecie, są sponsorowani przed Adidasa.

Czy nadal Was dziwi, że to Nike powołało projekt Breaking2? Obsesja sukcesu, obsesja sprzedaży, obsesja więcej i więcej…

 

 


Powtórka - taka fajna techniczna nowinka wreszcie zauważona przez sędziów piłkarskich

Kiedy oglądamy mecze w telewizyjnych transmisjach, każdy kibic i komentator jest mądrzejszy od każdego sędziego, bo ma możliwość obserwowania meczu z różnych kamer, pod różnymi kątami, z różnymi prędkościami zapisu.

Taka techniczna możliwość daje wielką przewagę nad połowiczną "ślepotą operacyjną" każdego arbitra biegającego po boisku razem z piłkarzami, bez możliwości realnej i rzetelnej oceny sytuacji, które trwają ułamki sekund. Dlatego właśnie sędziowie generują tyle omyłek, błędów, kontrowersji, dlatego są czasem określani mianem "nastego" zawodnika danej drużyny.

Oby tylko o omyłki chodziło, bo przecież są sytuacje, w których sędziowie drukowali mecze, opierając się właśnie na prawie do subiektywnej i niepodważalnej decyzji podczas meczu. W ten sposób w piłce nożnej prane są pieniądze - umowa z sędzią stanowi, że w konkretnej minucie podyktuje kartkę, a odpowiedni zakład zrobiony przez tysiące anonimowych rolników wnezuelskich w anonimowym punkcie bukmacherskim w Boliwii, pozwala na przepuszczenie przez legalne systemy wagonów lewych pieniędzy. Chyba nikogo więc nie dziwi, że działacze piłkarscy jak ognia unikają wszelkiego twardego dowodu na ekranie.

Dlatego też powinniśmy zapamiętać mecz rozegrany wczoraj w ramach Klubowych Mistrzostw Świata w Japonii, pomiędzy kolumbijskim Atletico Nacional i mistrzem Japonii Kashima Antlers. Podczas tego meczy sędzia Kassai skorzystał z możliwości obejrzenia powtórki i na podstawie zapisu wideo - zmienił swoją wcześniejszą decyzję i podyktował rzut karny dla Japończyków.

Sam mecz oczywiście nie jest istotny, jednak fakt użycia zapisu w celu odgwizdania właściwego i sprawiedliwego (obiektywnie) rzutu karnego, to krok milowy w sporcie, który słynie z dowolności interpetacyjnej przepisów, bo chyba każdy zgodzi się, że "minimalny spalony", "ręka uderzona" czy inny "wątpliwy faul" to zwyczajne naciąganie zasad i coś, co niszczy ducha sportowego.

Patrząc na to od strony przejrzystości i jasności zasad panujących na murawie, takie zapisy powinny zostać jeszcze wykorzystane przeciwko piłkarzom symulującym faule, tak zwanym "nurkom", którzy plenią się na boiskach coraz mocniej.

Z niecierpliwością czekamy na wprowadzenie mozliwości korzystania z zapisu wideo także podczas więkrzych imprez piłkarskich. Na pewno będzie ciekawie.


Złota Piłka też jest okrągła!

Wyniki przeprowadzonego przez "France Football" plebiscytu na najlepszego piłkarza wzbudziły wiele zamieszania w piłkarskim półświatku.

Wygrał Ronaldo, drugi był Messi i tutaj niby wszystko jasne. Wielkie zdziwienie polskich mediów wywołała 16. pozycja Roberta Lewandowskiego, który również pozwolił sobie na żartobliwy komentarz umieszczony na Twitterze.

Robert Lewandowski, przez samego siebie uznawany za wielkiego piłkarza, nie rozumie jednak jednej rzeczy: aby wygrywać takie marketingowo - medialne, czasami faktycznie kuriozalne, poustawiane z góry plebiscyty, trzeba grać w... poważnej lidze. A dla Francuzów poważne granie to trzy ligi: francuska, potem dłuuugo nic, a wreszcie piłka hiszpańska i angielska. Bo grają tam Francuzi.

Nie ma we Francji czegoś takiego jak Liga Niemiecka. Zresztą, na świecie w mediach sportowych też nie bardzo. Nie bez powodu La Liga, Premiership, Ligue1 transmitowane są przez największe koncerny medialne świata za wielkie pieniądze, a Liga Niemiecka - przez Eurosport. Ligę niemiecką oglądają tylko Niemcy i trochę Polaków, trudno nawet wymówić większość nazw zespołów tam grających. To się nie sprzedaje, nie ma światowego parcia na trasmisje tych meczów i dlatego nawet największe gwiazdy z Niemiec, nie mają takiego przebicia jak choćby Griezmann, który zajął trzecie miejsce, Suarez, Bale.

Nie ma w świadomości powszechnej takiego zjawiska sportowego jak Lewandowski. Jest zjawisko Ronaldo, zjawisko Messi, zjawisko Neymar, wykreowane medialnie przez wielkie fundusze, wielkich sponsorów, wielkie dochody.

I dlatego wyniki tego plebiscytu nie powinny dziwić bywałego w świecie gwiazdora drugorzędnej ligi piłkarskiej. Powinny mu natomiast głęboko powiewać.

 


Mistrzostwo Europy w biegach przełajowych dla Polki!

Po cichu, ale bardzo zdecydowanie nadciąga kolejne pokolenie polskich biegaczy, którzy już za parę lat prawdopodobnie mocno namieszają na światowych stadionach, drogach i bezdrożach.

W Mistrzostwach Europy w biegach przełajowych odbywających się w miejscowości Chia na Sardynii pierwsze miejsce zajęła młodziutka polska biegaczka Sophia Ennaoui. W dokonałym stylu finiszowała przed Niemką Anną Gehring i na jakieś 200 metrów przed metą objęła prowadzenie. Została pierwszą polską Mistrzynią Europy w biegach przełąjowych (w kategorii U23).

To wielki sukces polskiej biegaczki, która jest już przecież właścicielką wielu osiągnięć i wyników, stawiających ją w gronie najlepszych polskich biegaczy i - co najważniejsze - w gronie najlepiej zapowiadających się polskich sportowców w nadchodzących latach.

Sophia była już wicemistrzynią Europy w biegach przełajowych, dwukrotnie wicemistrzynią Europy juniorów w biegu na 1500 metrów, wreszcie zdobyła złoty medal w konkursie Superliga drużynowych mistrzostw Europy na dystansie 3000 metrów.

Dodać należy, że na ostatnich Igrzyskach Olimpijskich w Rio zajęła 10 miejsce na dystansie 1500 metrów, a to naprawdę ostra konkurencja, wymagająca ogromnego wkładu treningowego.


Powrót bułki z bananem

Ze skokami narciarskimi to jest trochę tak jak z ping-pongiem.

Niby wszystko dobrze i fajnie, ale chyba każdy ma świadomość, że piłeczka tenisowa to lepiej wygląda na korcie, niż na stole.  A narty pasują bardziej do slalomu, niż do zjeżdżalni.

Ale, ale - oto mamy Narodowy Zachwyt, bo powraca epoka bułki z bananem! Tym razem, bez wąsików.

Kamil Stoch i Maciej kot zdominowali wczoraj podium w Lillehammer na skoczni K-123, zajęli pierwsze i drugie miejsce w konkursie indywidualnym. Kilka dni temu polski zespół zdobył pierwsze miejsce w drużynowych zmaganiach przeprowadzonych w Klingenthal na skoczni K-125. To fajne skukcesy, ciekawy i obiecujący początek sezonu. Jak na razie Polacy oddają po dwa dobre skoki.

Żartobliwy charakter tego komentarza jest niezaprzeczalnie żartobliwy, jednak wszyscy pamiętamy czasy, gdy sukcesy Adama Małysza elektryzowały opinię publiczą i każdy, największy nawet sceptyk i krytyk musiał przyznać w duchu, że Małysz był jednym z najwybitniejszych polskich sportowców wszechczasów, a jego wyczyny stanowiły ewenement w tej dyscyplinie sportowej. I dlatego znowu budzi się w nas zimowa nadzieja na podobne emocje.

No bo nawet jeśli narty fajniej wyglądają, gdy wielcy faceci pędzą po stoku w dół z oszałamiającą prędkością omijając kolorowe chorągiewki, to jednak drzemie w nas polska tęsknota za sukcesami sportowymi, za kibicowaniem, za tymi czapkami, szalikami biało-czerwonym, które tak swojsko wyglądają na skoczniach całego świata. A łatwiej nam te emocje znaleźć na zjeżdżalni niż w slalomach.

Dziękujemy chłopakom za ponowne obudzenie ciepłych emocji w środku bylejakiej zimy i czekamy na dalsze równe skoki. Najlepiej po dwa. I poprosimy o wąsiki, no bo jak to tak, że polski skoczek bez wąsików?

 

 


Nico Rosberg - debeściak postawił świat na głowie...

Mamo, dlaczego Nico Rosberg stoi na głowie? Bo mu się znudziło?

Chyba faktycznie mu się znudziło. Jak sam napisał na FB, kręci tym dziwnym kwadratowym kółkiem już 25 lat i mu starczy. Ciężko mu było, bolało, się chłopak poświęcał na tym asfalcie, a teraz zgarnął puchar i leci już do domu. Siema. Idę cieszyć się chwilą.

Chciałbym zobaczyć minę Toto Wolfa, niemieckiego mechanika precyzyjnego, gdy otrzymał tę wiadomość. Ależ mu misiało przybyć milimetrów słupka rtęci. Bo co teraz? W momencie prawdopodobnie największych zmian w specyfikacji bolidów od czasu zakazu tankowania, lider klasyfikacji konstruktorów traci mistrzowskiego kierowcę, w dodatku Niemca jak z obrazka nordyckiego. I zostaje im Hamilton, a drugi fotel wolny.

Bierzcie Kubicę, zakrzykną zaraz dziennikarze serwisów parkowanych na domenach .pl! Ale zaraz, zaraz, przecież oto w środku stawki, w czerwonej rakiecie nieco przebrzmiałego Ferrari, majta się Vettel. Mistrz jak wypisz wymaluj, uroda nordycka, akcent bawarski. Pasuje!

Zobaczymy Vettela w Mercedesie? No nie wiadomo, oto bowiem zaraz obok w garażu stoi bolid imć pana Hamiltona, który w kaszę sobie pluć nie da i na pewno zobaczył od razu szansę zajęcia miejsca Numer Jeden, a nie jakieś tam Czterdzieści i Cztery.

Bądźmy szczerzy jednak przed lustrem. Niemiecki zespół niemieckich mechaników musi mieć na czele niemieckiego kierowcę. A Rosberg poszedł w ślady innych wielkich mistrzów, którzy odeszli na będąc na topie: Alaina Prosta, Nigel Mansell, Jackie Stewart (Sir Jackie Stewart, rzecz jasna).

Jakie opcje ma Mercedes? Może próbować z Vettelem, ale nie ma pewności czy Niemiec dogada się z Hamiltonem, a kolejny konflikt chyba nie jest w interesie Mercedesa. Już mieli dwa rozbite samochody w jednym wyścigu.

Jest jeszcze Alonso, o którego klasie wspominać nie trzeba. Jest opcja zatrudnienia juniorów, co pewnie byłoby najłatwiejsze do przełknięcia dla Hamiltona - dominacja nad Oconem, Wehrleinem to pewnie lepsza opcja, niż konkury ze starym hiszpańskim lisem.

Jedno jest pewne - telefony Toto Wolfa i Niki Laudy grzeją się jak łapki żółwia na grubym dywanie.

 

 

 


El Fanatico - kolejny mecz stulecia już jutro!

El Clasico juz jutro!

W kolejnym najważniejszym meczu sezony, Barcelona podejmie Real Madryt. I pewnie będzie się działo, bo gospodarze ten mecz po prostu muszą wygrać. Jeśli taka sztuka im sie nie uda, będą tracić do Realu już 9 punktów i powoli odjeżdżać zaczną marzenia o obronie tytułu.

Wielka Barca jest w dołku, wygrała zaledwie 2 z ostatnich ligowych zmagań, remisowała 2, niezwykle słabo radziła sobie też w Pucharze Króla. Dobrą wiadomością jest to, że wraca Iniesta, który dla Barcelony jest zawodnikiem kluczowym, tworzącym klimat i tempo gry.

Real nie będzie miał kontuzjowanego Bale'a, kontuzjowany jest też Morata. Jest jednak oczywiście Ronaldo, który ostatnio strzela hat tricki jak... z kapelusza jakiegoś.

Na pewno będzie się działo, na pewno puszczą nerwy i na pewno będziemy świadkami ciekawego widowiska piłkarskiego. Ten mecz warto oglądać zawsze, bo jest w zasadzie kwintesencją tego, co w europejskiej piłce najlepsze w tej akurat epoce piłkarskiej.

Początek meczu o godzinie 16:15 czasu polskiego. Transmisja na kanałach Eleven.