Listopad 2016

Kto jest debeściak? Nico Rosberg i jego mafia też!

W ostatnią niedzielę w Abu Zabi peleton dojechał do mety i nowym mistrzem świata Formuły 1 został Nico Rosberg. Postawmy sobie jednak podstawowe ptanie - czy Nico Rosberg jest debeściakiem i jego mafia też? Zdania są tutaj podzielone.

Wiele sygnałów świadczy o tym, że sporo było w tym mistrzostwie matematyki i chłodnej kalkulacji zimnych niemieckich umysłów. Powiedzmy sobie szczerze - niemiecki kierowca w niemieckim Mercedesie lepiej wygląda dla niemieckich sponsorów, niż nie do końca nordycki Brytyjczyk.

Rosberg przegrał z rzędu ostatnie cztery wyścigi sezonu, bo doskonale wiedział, że wystarczy regularnie jak w zegarku dojeżdżać na drugim miejscu, aby utrzymać bez większego ryzyka punktową przewagę nad Hamiltonem. Rosberg został mistrzem i na pewno należy mu się szacunek, bo to ogromna praca zespołu i kierowcy, jednak w pierwszej części sezonu samochód Hamiltona miał trochę dziwnych obstrukcji i przypadłości, a panowie dwa razy skasowali nawzajem swoje samochody. Chemii nie było. Rosberg jest też jednak kierowcą jeżdżcym bardziej zachowaczo, słabo radzącym sobie w trudnych warunkach, szczególnie w deszczu, co wielokrotnie widzieliśmy na torach. Składając obraz do przysłowiowej kupy - można mieć pewien niesmak.

Swoją drogą, zachowanie Hamiltona na ostatnich okrążeniach, gdy celowo zmniejszył tempo, aby Vettel i Verstappen przycisnęli Rosberga (a nuż by się coś powyprzedzało), było mistrzowskim draństwem!

Ale jednak - to Nico Rosberg założył na głowę laur zwycięzcy, po raz pierwszy w karierze zdobywając tytuł Mistrza Świata. Kto wie, czy nie po raz ostatni, bo kolejny sezon jest wielką konstrukcyjną niewiadomą i nie ma pewności, że Mercedes utrzyma technologiczną przewagę. Oddajemy więc laur laureatowi, cesarzowi co cesarskie.

Ten sezon to nie tylko Rosberg i Hamilton, ale także Max Verstappen. Ten młody Holender pokazał na deszczowym Interlagos Formułę, jakiej nie widziało się od czasów Prosta i Senny, wyprzedzając snujące się po wodzie bolidy w sposób spektakularny. Był tam trzeci tylko dzięki fatalnej strategii zespołu. Wygrał w maju w GP Hiszpanii, zostając najmłodszym zwycięzcą wyścigu w historii F1. Być może mamy szczęście oglądać narodziny supergwiazdy i kierowcy na miarę największych. Zobaczymy.

W mijającym sezonie pożegnaliśmy też, co trzeba odnotować, trzech wielkich kierowców: Marka Webbera (ostatecznie), Felippe Massę oraz Jensona Buttona. Odejście tej ekipy to też symbol zmiany pokoleniowej.

W przyszłym sezonie w F1 wiele się zmieni. Oprócz finalizacji zmian właścicielskich, które na pewno wpłyną na ogólny kształt tej serii wyścigowej, mamy zapowiedziane również zmiany technologiczne: o 25% zwiększony będzie docisk aerodynamiczny, szersze będą kadłuby i opony, bolidy będą cięższe, ale dysponować mają większą mocą, która ma je przyspieszyć o około 3 sekundy na okrążeniu. Nadal nie wiadomo, kto będzie dostarczał opony (zmagają się Pirelli i Michelin). Czy to wyrówna stawkę i pozwoli na więcej bezpośredniej walki na torze? Czy może spowoduje, że czasy wykręcane przez najlepszych konstruktorów odjadą całkowicie od peletonu?

Będzie nudniej, czy bardziej emocjonująco? Kto wie. Na pewno nie będzie tak samo. 


Ostatnia odsłona F1 - kto założy koronę szejków?

Już dziś o godzinie 14:00 czasu polskiego rozpocznie się ostatni wyścig tegorocznego sezonu F1 - Grand Prix Abu Zabi.

Emocje sa ogromne, ponieważ zapowiada się bratobójcza walka obu kierowców Mercedesa. O ile Nico Rosberg w może spać (jechać?) spokojnie, bo wystarczy mu w zasadzie dojechać niedaleko za Hamiltonem, aby dostać upragniony, pierwszy w długiej karierze, tytuł mistrzowski, o tyle to właśnie Hamilton jest oczywistym faworytem do zwycięstwa w tym wyścigu. Wywalczył wczoraj pole position, a jego samochód chyba jest perfekcyjnie przygotowany przez mechaników. Hamilton wygrał też ostatnie trzy wyścigi w tym sezonie.

Brytyjczyk wielokrotnie zarzucał swojemu zespołowi, że faworyzuje Rosberga, dochodziło do sprzeczek, złośliwości i otwartych przejawów niechęci pomiędzy kierowcami. Ostatnio zespół zdecydował, że 5 mechaników Hamiltona wymieni się z pięcioma mechanikami Rosberga., rzekomo w trosce o budowanie relacji wewnątrz teamu. Jednak decyzja ta po prostu podpaliła Hamiltona, który znany jest ze swojej troski o pracujących dla niego ludzi i osobistej więzi z nimi - na jednej z ostatnich konferecji prasowych Rosberg i Hamilton nawet na siebie nie spojrzeli.

Wiadomo, że w niemieckim zespole niemiecki kierowca jest faworyzowany, nawet jeśli oficjalnie Toto Wolff mówi inaczej. Szara eminencja Mercedesa, Niki Lauda, podejrzewany jest o trzymanie kciuków za Rosberga, a wiadomo chyba, że TAKIE kciuki mają swoje znaczenie. A jak wygląda sytuacja nie-niemieckiego kierowcy w niemieckim zespole, to chyba pamiętamy wszyscy na przykładzie Roberta Kubicy i BMW Sauber.

Podobno nie będzie team orders, nie będzie faworyzowania na torze i w boksach, ale może wystarczą gorące głowy - podlany dizlowskimi oparami Hamilton i naelektryzowany Rosberg już udowodnnili w tegorocznym GP Hiszpanii, że potrafią zrobić sobie krzywdę bez pomocy z zewnątrz - przpomnijmy, rozbili się o siebie juz na pierwszym okrążeniu, a i na GP Austrii pokazali, że umieją zachować się jak dzieciaki.

Ich walka zapowiada się fascynująco, chociaż powieść się może plan Hamiltona - prosty plan zdobycia pole position, a potem szybki start i dowiezienie pierwszej pozycji do mety, zupełnie bez refleksji nad tym, co dzieje się za nim.

A za nim będzie się działo - bo przecież mamy jeszcze Vettela i Verstappena startujących z tej samej linii, a obaj panowie też sobie butelek wina na urodziny nie wysyłają. A w dzisiejszym wyścigu i obecnym układzie kierowcy ci nie mają juz nic do stracenia, pojadą więc zapewne na 120%.

Z pewnością warto więc włączyć telewizor dziś o godzinie 14:00 i popatrzeć, jak kolejny sezon F1 przechodzi do historii.

 

 


Borussia - Legia: bo boisko było za małe?

Prawdę mówiąc, to bardzo ciężko odnieść się do tego, co wydarzyło się wczoraj na boisku w Dortmundzie.

Z jednej strony, Legia pokazała niezły pazur i wbiła cztery bramki jednej z najlepszych drużyn Europy. Z drugiej – strata ośmiu goli to cios porażający dla każdej piłkarskiej drużyny. Takie wyniki widujemy raczej na boiskach lig juniorskich, gdzie na murawie gania się bez ładu garstka dziesięciolatków.

Mecz przypominał raczej zmagania hokeistów albo dzieciaków w Lidze Orlikowej. Bramki padały tak często i gęsto, że wydawało się, że piłkarze grają na za małym boisku albo sami są zbyt duzi, jakby coś się skurczyło. Chyba sami piłkarze i trenerzy nie wierzyli własnym oczom, bo przebitki ich twarzy wyrażały emocje przedziwne – mieszaninę zdumienia, niedowierzania i zmieszania.

Jak ocenić taki mecz? Był wstyd czy nie było? Chyba nigdy w Lidze Mistrzów nie padło tyle bramek podczas jednego spotkania, z pewnością to rekord. Gdy drużyna traci 8 goli – to jest pogrom i tak to trzeba nazwać.

Z drugiej strony – Legia grała naprawdę świetnie w kilku fazach tego meczu, miała doskonałe akcje, rewelacyjne kontry, agresję, czasami nawet taktykę i pomysł na fajne rozegranie piłki. Strzelili 4 gole, w tym pierwszą bramkę tego spotkania. Oddawali praktycznie cios za cios. Po takim meczu, w którym tak naprawdę jest cała sól piłkarskiej zabawy, można powiedzieć jedno – ogromna jest przepaść pomiędzy ligami zachodnimi a ligą polską. Nawet strzelenie 4 goli świetnemu rywalowi nie gwarantuje zwycięstwa, bo rywal strzela dwa razy więcej.

Daleko nam do poziomu Europy i z tym faktem się trzeba na obecnym etapie rozwoju polskiej piłki pogodzić. I tyle.

Legia wywalczyła tylko jeden punkt w pięciu dotychczasowych meczach fazy grupowej. Jednak wciąż ma realną szansę, aby zająć miejsce premiowane grą w 1/16 Finału Ligi Europy, musi tylko wygrać ze Sportingiem 7 grudnia w Warszawie.

 


Zakończył się Rajd Australii

Zakończyła się tegoroczna edycja Rajdowych Mistrzostw Świata (WRC).

Ostatnią imprezą był Rajd Australii, który wygrał norweski kierowca Andreas Mikkelsen jadący samochodem VW Polo WRC. Wcześniej już zwycięstwo tegorocznej edycji WRC zapewnił sobie jego kolega z zespołu Francuz Sebastien Ogier, który w Australii był drugi, ze stratą 14,9 s. Dla Ogiera to już czwarty tytuł Mistrza Świata.

Dwa zespoły Volkswagena rozdzielił wicemistrz, Thierry Neuville w samochodzie Hyundai I20 WRC. Belg ukończył Rajd Australii na trzecim miejscu. Warta odnotowania jest informacja o polskim akcencie w Rajdzie Australii - Hubert Ptaszek i Maciej Szczepaniak jadący samochodem Peugeot 208 T16 w klasie WRC 2, zajęli w Australii 12. miejsce w klasyfikacji generalnej.

Tym samym pożegnaliśmy Volkswageny, ponieważ koncern ten, jak wiadomo, wycofuje się z udziału w tej serii wyścigowej, tnie koszty, zatrudnienie i wszelką działalność poza swoim core biznesem, przygotowując się do wypłaty odszkodowań za paliwowe szwindle na skalę światową.

To wielka strata dla sportu motorowego, porównywalna z wyjściem swego czasu BMW z serii F1, a także z niedawną decuzją Audi o opuszczeniu serii WEC. Umarli królowie, niech żyją królowie! Do WRC wraca Toyota.

 

 

 


Małe kroki Roberta Kubicy

Robert Kubica niespodziewanie zasiadł za sterami bolidu LMP1, ścigającego się w ramach WEC (World Endurance Championship), których najsławniejszą odsłoną jest legendarny wyścig 24h Le Mans.

Kubica wziął udział w wyścigu na dobrze mu znanym torze w Bahrajnie, gdzie odbył swój pierwszy trening w barwach BMW Sauber w 2006 roku, a w 2008 zajął trzecie miejsce.

Seria wyścigów długodystansowych to, zaraz po F1, najbardziej prestiżowa seria rozgrywana na torach, przystań dla mistrzów innych kategorii motosportu. Osiągi aut z kategorii prototypów plasują się tuż za parametrami dostarczanym przez bolidy Formuły 1.

Kubica pojechał w barwach prywatnego teamu "ByKolles", samochodem zakodowanym pod skomplikowaną nazwą "CLM P1/01-AER", który dysponuje mocą 600KM, zaś jego masa to zaledwie 850 kilogramów.

Kubica pokazał klasę - wykręcił czasy, które w znaczący sposób poprawiły osiągi zespołu, choć polski kierowca jechał jako "driver 3", a więc w zasadzie był wystawiony jako zapasowy prowadzący. Zakończył swoje jazdy z czasem 1:47,222, co oznaczało 5 miejsce w stawce. Kubica wykręcił też największą prędkość maksymalną na torze - 289,7 km/h.

Dla Kubicy zapewne był to swego rodzaju test, zarówno patrząc od strony kierowcy, jak też - kto wie - być może od strony przyszłych pracodawców. Wiele bowiem zaczyna wskazywać na to, że zobaczymy Polaka w przyszłym sezonie na torach wyścigowych, możliwe że właśnie w serii WEC.

Swoją drogą, wokół Roberta Kubicy zrobiło się ostatnio poważne medialne zamieszanie. Co chwila wyskakują z kapelusza plotki i półprawdy dotyczące jego potencjanej przyszłości w rajdowo - wyścigowej społeczności. Może to świadczyć albo o wielowymarowych, mniej lub bardziej zaawansowanych negocjacjach toczących się wokół Polaka, albo też o słabym zarządzaniu karierą. Być może Kubica powinien jednak zadbać o lepszego managera, który będzie w stanie pomóc w rozwoju kariery tego kierowcy, bo jego sytuacja przecież jest dość specyficzna.

Wszyscy wiedzą, że Kubica jest kierowcą świetnym, być może jednym z najlepszych w historii sportów motorowych - oprócz wyjątkowego talentu do szybkiej jazdy, ma też dar doskonałej technicznej współpracy z zespołem, dla którego pracuje. Na pewno zasłużył sobie na miejsce w jakimś przyzwoitym zespole. Problemem pewnie jest również to, że za Kubicą nie stoją poważni sponsorzy z grubymi portfelami.

 


Rajd Australii 2016 - Volkswageny szaleją!

Po 11 odcinkach specjalnych pierwszej pętli Rajdu Australii, na prowadzeniu mamy Andreasa Mikkelsena i Andersa Jægera w Volkswagenie Polo R WRC, a na drugiej pozycji znajduje Sébastien Ogier i Julien Ingrassia w... Volkswagenie Polo R WRC ze stratą 15,4 s do liderów.

Tak jak przypuszczaliśmy, kierowcy fabrycznego zespołu Volkswagena zapragnęli chyba przyciągnąć uwagę potencjalnych pracodawców i jadą niezwykle widowiskowo, szybko i agresywnie. Przypomniamy, że Volkswagen wstrząsnął światem rajdowym, zapowiadając niedawno wycofanie się z tej serii sportów samochodowych.

 

Jak na razie obyło się bez specjanych sensacji na trasie, poza kilkoma stłuczkami (Lappi uderzył w wielką gałąź na trasie, a  Fuchs spotkał się ze ścianą) nie stało się nic poważnego ani kierowcom ani samochodom.

Niedługo początek kolejnej pętli. Kierowcy wystartują około godziny 22:30 naszego czasu, aby zmagać się z 12 OSS Nambucca 1 o długości nieco ponad 50 km.

 

Aktualna klasyfikacja: https://rally-base.com/2016/rally-australia-2016/


To już nie bigos, tylko skiszona Kapustka...

Jakiś czas temu pisaliśmy na naszych stronach (http://tosport.pl/wiadomosc/kapustka-i-bigos) o potencjalnych kłopotach młodego polskiego piłkarza, Bartosza Kapustki.

Zbyt szybki transfer do Premiership i to do drużyny, której przyszłość jest mocno niejasna, wpłynął, jak się okazuje, bardzo negatywnie na młodego człowieka. Portal Onet.pl przywołuje dyskusję z analitykami i praktykami futbolu, którzy potwierdzają analizy Tosport.pl.

Dziewiętnastolatek jak do tej pory nie przekonał do siebie trenera Leicester, nie gra w pierwszym składzie, nie pojawia się też na ławkach rezerwowych podczas ligowych spotkań. Aktualny Mistrz Anglii na dodatek nie radzi sobie w tym sezonie i znajduje się daleko poza czołówką stawki Premer Ligue.

Kapustka zebrał trochę pochwał, usłyszał kilka ciepłych słów skierowanych w swoją stronę, jednak przyszła zima i sytuacja... skisła. Niektórzy eksperci piłkarscy upatrują w tej sytuacji winy managerów Kapustki, którzy zrobili świetny interes na sprzedaży młodego piłkarza, czyniąc mu w ten sposób krzywdę. W ich opinii, Kapustka nie powinien był trafić na tym etapie swojej kariery do ligi angielskiej, która jest za mocna, za szybka, zbyt siłowa na możliwości tak młodego człowieka.

Kapustka jak na razie może zostać zesłany do reprezentacji młodzieżowej, co zapewne nie przyczynii się do podniesienia jego morale i spowoduje, że trudniej mu będzie odnaleźć się w tak skrojonej przez decydentów rzeczywistości.

Cóż, piłkarz to utalentowany i na pewno ma swój potencjał, na razie jeszcze głęboko ukryty przed światem. Niektórzy doradzają, aby trzymał się ligi angielskiej, zagryzł zęby i przetrwał zawieruchę, a na pewno kiedyś przyjdzie jego czas.

Fajnie będzie na to popatrzeć.

 

 

 


Biegowy skandal w Poznaniu!

Portal Gazeta.pl donosi dziś o straszliwym skandalu, jaki wydarzył się podczas Poznańskiego Biegu Niepodległości.

Otóż okazuje się, że dla zawodników, którzy ukończyli bieg zabrakło medali. Ale to mało. By dopełnić czary goryczy, organizatorzy nie zadbali również o dostateczną ilość... rogali świętomarcińskich, które były symbolicznym podarunkiem dla uczestników imprezy.

Jak powszechnie wiadomo, biegacze to grupa osobnicza niewyobrażalnie łasa na wszelkiej maści darmowe gadżety. Najlepiej błyszczące i świecące. Albo odblaskowe i obcisłe, żeby było wszystko widać. I na medale mają parcie okrutne - jak przedszkolu. Przyszedł na bieg, doturlał się do mety, medal na szyję. Bez żelastwa nie biegam. Bez telefonu też się nie da. Niektórzy umieją podobno biegać bez Fejsa, ale szczerze wątpię w ich istnienie.

A jak taki biegacz nie dostanie gadżetu, to wpada w szał, taki święty gniew biegowy, sportową złość pierwotną. A jeszcze jak zabraknie batonika na mecie, ciastka, napoju, to już wogóle traci zmysły i szaleje po internetach głosząc wszem i wobec swą krzywdę społeczną.

Tak też stało się i w tym przypadku. Założono społeczność, opublikowano gdzie trzeba, podzielono się ze światem traumą i cierpieniem.

Na szczęście ilość uśmiechów w reakcjach na post pokazuje, że dystans zachowano i w sumie zabawa przednia. Mam nadzieję, że wspólne jedzenie rogala przyczyni się do popularyzacji sportowego trybu życia.

Do sytuacji odniósł się też organizator, który zamieścił Stanowisko Oficjalne, obiecał poprawę i że te medale wyśle pocztą. Wyniki śledztwa wskazują, że rogale nielegalnie zeżarto.

Wszystkim serdecznie gratulujemy ukończenia biegu i poczucia humoru.


Rajd Australii - koniec pewnej epoki WRC

Wielkimi krokami nadciąga ostatni rajd tej serii zmagań WRC - 2016 Kennards Hire Rally Australia.

W tym roku lista startowa jest krótka, bo zgłoszonych zostało tylko 36 załóg klasyfikowanych w ramach Mistrzostwo Świata (w tym 10 w klasie WRC, 6 WRC2 i jedna załoga WRC3). Sporo kierowców  pojedzie jednak poza klasyfikacją i w sumie zobaczymy na trasie 81 samochodów. Tutaj można podejrzeć oficjalną listę startową: http://www.rallyaustralia.com.au/

Wszyscy spodziewali się relaksującej i formalnej jedynie przejażdżki kierowców fabrycznej załogi Volkswagena, jednak w obliczu ostatnich wydarzeń, o których pisaliśmy na naszym serwisie (http://tosport.pl/wiadomosc/sensacyjny-obrot-spraw-w-swiecie-wrc-volkswagen-rezygnuje), możemy spodziewać się nieco więcej emocji, bo być może Ogier i Latvala będą mieli ochotę odejść z ogniem i zrobią show. Może będą chcieli pokazać się z jak najlepszej strony swoim potencjalnym nowym pracodawcom. Ogier pewnie nie musi martwić się o fotel, ale już Latvala będzie musiał coś udowadniać.

Nie tylko wycofanie się ekipy Volkswagena z rajdów zapowiada, że australijskie piaski będą okazją do pożegnania pewnej epoki WRC. W przyszłym roku zmienia się znacząco specyfikacja samochodów. FIA zatwierdziła modyfikacje techniczne, które prawdopodobnie w znaczący sposób zmnienią to widowisko. Co ciekawe, być może zmienią na lepsze...

Samochody będą szersze o 55cm (głównie chodzi o błotniki, a więc ta przebudowa będzie rzucać się w oczy), zmienią się też prawdopodobnie inne wymiary pojazdów i sposób mocowania foteli kierowców. Najważniejsze są jednak dopuszczone modyfikacje układu dodlotowego, który doda samochodom WRC kolejne 80KM (a więc będą osiągać 380KM). Przy jednoczesnym odchudzeniu zestawu o około 25kg i dodaniu elektronicznie sterowanego centralnego dyferencjału - zapewne podniesie to dynamikę jazdy, zmieni wiele w konfiguracji i widowiskowości jazdy. Nie bez znaczenia jest również fakt, że ma to podnieść bezpieczeństwo załóg.

Rajd Australii już w ten weekend. Zapewne będzie można podglądać zmagania kierowców na kanałach Eurosportu, a więc warto tam zajrzeć, żeby zobaczyć ostatnie przejazdy Volkswagenów i pomachać haftowaną chusteczką, w przerwach między ocieraniem łez po tej stracie...

 

 

 

 


Nie żyje Enzo Maiorca

Pewnie niewielu czytelników skojarzy nazwisko Enzo Maiorca z jakąś znaną twarzą.

Enzo Maiorca był pływakiem, nurkiem i wielokrotnym mistrzem świata w swobodnym nurkowaniu. Był też, co pewnie bardziej przemawia do masowej wyobraźni, pierwowzorem głównego bohatera filmu "Wielki Błękit" Luca Besson. Sławna rywalizacja pomiędzy Maiorcą a Mayolem stała się kanwą wspaniałej opowieści przedstawionej przez francuskiego reżysera.

Enzo Miorca pokonał jako pierwszy na świecie barierę 50 metrów w swobodnym nurkowaniu, a potem pogłębiał (dosłownie i w przenośni) swoje wyniki, aby w wieku 57 lat pobić barierę 100 metrów.

Nurek zmarł wczoraj w swoim domu w Syrakuzach. Miał 85 lat.