Październik 2016

Kubica - ploty spod trzepaka czy zwrot w karierze?

Gruchnęło, błysnęło i znowu mamy nius, że Robert Kubica to w rajdach.

Radio WRC wystrzeliło nagle z wiadomością, że Kubica typowany jest jako jeden z kierowców powracającej do rajdów ekipy Toyoty. Toyota wycofała się z serii rajdowych w 1995 roku, aby poświęcić się Formule 1, co skończyło się w sumie bez epokowych sukcesów i kroków milowych dla japońskiego koncernu, za to wydając wagony pieniędzy na inwestycje związane z wyścigami. Ostatni sezon w Formule 1, rok 2009, zakończyli na 5 miejscu w składzie Trulli, Glock, Kobayashi.

Teraz Japończycy zamierzają powrócić do rajdów, wystawając fabryczny team oparty na Toyocie Yaris WRC. Podobno zaklepany jest już Fin Juho Hanninen, ale pozostałe dwa miejsca nadal czekają na obsadzenie. Toyota rzekomo poszukuje kierowców, którzy sprawdzą się zarówno na bezdrożach jak i na asfalcie. Takim kierowcą właśnie może być Robert Kubica, znany z wszechstronności gwarantującej wielkie prawdopodobieństwo sukcesów.

Start w zespole fabrycznym to coś, co przynosi odpowiedni poziom technologiczny, sportowy i finansowy. Wiadomo, że to właśnie było zawsze bolączką polskiego kierowcy, który ścigał się raczej w teamach prywatnych, a te albo nie były w stanie przygotować porządnego samochodu, albo gdzieś po drodze zawodzili sponsorzy, czasem zwyczajnie logistyka.

Jak to się ma do planów i deklaracji samego Kubicy? W sumie nie wiadomo. Polak podkreślał ostatnio w wywiadach, że na 90% wróci na tor, wziął nawet udział w wyścigach Renault Sport Trophy na torze Spa. Zajął tam przyzwoite miejsca i dał niezły pokaz umiejętności, zarówno w sprincie jaki i w formule "endurance".

Nadal więc nie wiemy wiele, ale jedno jest pewne - coś się wokół Kubicy kręci, coś się dzieje i zapewne będziemy mieli okazję obserwować go w jakiejś prestiżowej serii wyścigowej lub rajdowej w nadchodzącym sezonie.

Czekamy!

 


Klika nie wie jak klikać - wybory Prezesa PZPN

Czasem w radosny świat zmagań sportowych wkradają się wydarzenia zgoła odległe od zasad zdrowej rywalizacji, chociaż jednak rywalizacją pozostające. Mowa tu o wyborach Prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Co to za organizacja, wszyscy wiemy. Daleko im do demokratycznej przejrzystości, zasad fair play, ducha sportowego i wszystkiego co w sporcie można kochać. Nawet w piłce nożnej, nawet w polskiej piłce nożnej, do której miłością trudno jest pałać

PZPN to organizacja, która nawet w kwestii wyboru swoich władz ma zasady tak skomplikowane, że sama nie wie, co z tego może wyniknąć. Dziś na przykład wybierają sobie prezesa. Powinno to być proste, bo jest 118 delegatów, 2 kandydatów. Niby łatwo.

Kandydaci to urzędujący Prezes, Zbigniew Boniek i czelendżer (tak go nazwiemy, żeby było sportowo i światowo) Józef Wojciechowski. Pierwszego znają wszyscy. Ten drugi to działacz z krwi i kości, notowany na liście najbogatszych Polaków, biznesmen działający w branży budowlanej, z doświadczeniem także za oceanem.

I jak to Polacy, kandydaci rozpoczęli wojnę podjazdową: że maszynki fałszują wybory, że trzeba w przeźroczystych urnach, że trzeba notariusza, żeby pilnował. Bo sfałszują, ukradną, popsują. Do zwycięstwa w pierwszej turze potrzeba 50% głosów plus jeden. Matematyka czysta niby. Ale jednak struktura delegatów jest skomplikowana w sposób czysto bizantyjski - bo przecież to tak po polsku, żeby zagmatwać, stworzyć stronnictwa, koterie, lobbing. W efekcie tam, gdzie 118 delegatów, jest pewnie 236 sznurków, za które da się pociągać.

I jeszcze sama struktura pochodzenia delegatów, tylko popatrzcie: 60 spośród delegarów reprezentuje wojewódzkie związki piłki nożnej, natomiast podział mandatów zależy już od liczby klubów w danym okręgu - ta grupa to Działacze, nasza ulubiona. 50 delegatów to przedstawiciele futbolu zawodowego, a więc klubów ekstraklasy i pierwszej ligi - tu siedzą pieniądze i poważne kontrakty sponsorskie, duży biznes, łatwo to zrozumieć. Trzy osoby wystawia Stowarzyszenie Trenerów Piłki Nożnej, po dwie środowisko futbolu kobiecego (nie zapomnieli o równouprawnieniu, tacy są nowocześni) i futsalu (a to ciekawe), a jedną środowisko sędziowskie. Jedną, żeby wiedzeli, gdzie ich miejsce.

Wybierają sobie Prezesa. I chyba faktycznie sobie głównie...

A na deser, Pan Kręcina. Miłego weekendu.

 


EFL Cup: Kolejne derby Manchesteru i walizki pieniędzy na boisku

Ciekawe czy ktoś policzył, ile twardej europejskiej waluty biegało wczoraj po boisku podczas kolejnego pojedynku dwóch sławnych drużyn z Manchesteru?

Sam Pogba to przecież ponad 100 milionów, a przecież jest jeszcze Ibrahimovic, a jeszcze Mata (nota bene miał złote podeszwy, widocznie upaprał się w tym złocie jak w błocie). To właśnie Juan Mata wreszcie zapewnił zwycięstwo drużynie United i tym samym wreszcie to Jose Murinho mógł -  dumny jak paw - zejść do szatni. United gra dalej!

Triumf nad Guardiolą to z pewnością wydarzenie o wielkim znaczeniu dla Portugalczyka, któremu nie za bardzo wiedzie się po przeprowadzce do Manchesteru. Murinho nareka nie tylko na drużynę, ale też na miasto - ostatnio w wywiadzie powiedział, że życie tam to prawdziwy koszmar, wszędzie są paparazzi, a on sam porusza sie w kapturze i ciągle mieszka w hotelu. Widocznie nie zamierza osiedlać się tam na stałe, bo powszechnie wiadomo, że on i jego rodzina zadomowieni są w Londynie - to stolica zapewnia im odpowiedni poziom anonimowości i pozwala na normalne życie.

Dla Murinho to przełamanie kryzysu (ciekawe na jak długo, bo Zlatan coś nie wzlata), na pewno wynik ten podniesie morale po niedawnej klęsce z Chelsea. Dla Guardioli kolejny kamień u szyi. Drużyna City rozegrała mecz, szósty z kolei bez zwycięstwa. Usprawiedliwieniem może być to, że drużyna prowadzona przez Hiszpana gra w Lidze Mistrzów, a wczorajszy mecz obstawiony był przez graczy w zasadzie rezerwowych. Dopiero w drugiej połowie na boisko wszedł Aguerro - nie przyniosło to jednak zmiany wyniku.

Ostatecznie obejrzeliśmy ciekawy mecz, Murinho robił fajne miny i schodził do szatni tak szczęśliwy, że w zasadzie lewitował nie zostawiał śladów na trawie.

Po wczorajszych meczach znamy już wszystkie pary ćwierćfinałów Pucharu Anglii: W następnej kolejce zobaczymy walczących ze sobą: Liverpool z Leeds United, Manchester United z West Ham (odpadła Chelsea, co też warte odnotowania w kontekście zwycięstwa United), Hull City z Newcastle i Arsenal z Southampton.

Czy zapowiada się ciekawie?

 

 

 


Kapustka i bigos

Idzie zima, jak mawiał refleksyjnie i nagminnie co drugi przedstawiciel Domu Starków z Winterfell. A jak zima - to bigos. I dlatego przypomina się los Kapustki...

A nie jest to los śliwki w cieście, jakoś tak mnie gonią dzisiaj kulinarne skojarzenia, bo akurat zabieram się za śliwkowe powidła. Młody zawodnik, niesiony na fali sukcesu po Euro 2016, hołubiony przez media i komentatorów, zdecydował się na przejście do aktualnego Mistrza Anglii, drużyny Leicester. No i fajnie, może się wydawać, bo zawodnik młody, mistrz też taki dość niedawno wykuty, a więc powinno dobrze to wszystko zagrać.

Problem jednak w tym, że nie gra. Ani Kapustka w podstawowym składzie, ani mistrz jak na mistrza przystało. Leicester jest obecnie w tabeli ligowej na miejscu 12 z bardzo mocno takimi sobie statystykami (3 wygrane, 2 remisy, 4 porażki, 11 punktów), traci do lidera (City) punktów 9. Słabo to wygląda i wygląda to na mistrza jednego sezonu jednak.

Kapustka kopie piłkę jak na razie w drużynie młodzieżowej, powoli budując sobie pozycję i walcząc o miejsce w podstawowym składzie pierwszej dorosłej drużyny. Długa jeszcze pewnie przed nim droga, bo niedawno podczas wywiadu Ranieri, przyciśnięty przez dziennikarzy, wyraźnie powiedział NIE, pytany o miejsce młodego Polaka w składzie. Dodał jednak szybko, że coraz trudniej o Kapustce zapomnieć i jest coraz lepszy na treningach. W każdym razie - młody piłkarz daje trenerowi do myślenia.

Może to dowodzi, że długofalowo decyzja Kapustki będzie miała pozytywne skutki. Początkowo wyglądało to tak, że młody zawodnik dał się ponieść emocjom (i doradcom), poszedł za niezłe pieniądze do angielskiego mistrza jednego sezonu, który za chwilę spadnie z podium i Kapustka skończy w podrzędnej drużynie Premier Ligue, walczącej o utrzymanie, tracącej sponsorów, upadającej powoli w przeciętność. Oby tak nie było.

Kapustka to piłkarz bez wątpienia utalentowany, być może potencjalnie jeden z najlepszych graczy angielskiej ligi w nadchodzącym dziesięcioleciu. Pokazał swoje możliwości, pokazał na boisku rozsądek, co ważne.

Trzymamy kciuki za ten bigos.

 

 

 

 


Jose Murinho - pogrom w domu

Wczorajszy mecz pomiędzy Chelsea i Manchesterem United był koszmarem dla Jose Murinho.

Portugalczyk przyjechał jako trener drużyny z Manchesteru w zasadzie do swojego drugiego domu. Wraz z Chelsea zdobył przecież trzykrotnie mistrzostwo Premiership, a na Stamford pracował w latach 2004-2007 i potem 2013-2015. Był, jak zawsze do czasu, uwielbiany przez kibiców i piłkarzy. Odszedł oczywiście w atmosferze skandalu i totalnej wojny, bo taka jego portugalska natura.

Z Manchesterem jednak słynnemu trenerowi nie idzie. W tej chwili United jest na 7 miejscu w tabeli, a Chelsea na 4. Woczrajszy pogrom (4:0) to powód nie tylko do trenerskiej refleksji nad metodą prowadzenia utytułowanego klubu z ogromną tradycją, ale również straszna plama na wybujałym ego portugalskiego trenera, znanego w wielkiego mniemania o sobie.

Jak podają media, doszło nawet do sytuacji, gdy Antonio Conte zagrzewał swoich kibiców do wsparcia The Blues przy stanie 4:0, a Murinho uznał to za upokarzające i pouczył Conte, że takie zagrzewki przystoją przy stanie 1:0, a nie przy takim pogromie. Oczywiście Jose Murinho od razu stał się tematem wielu dyskucji, bo sam znany jest z zachowań dalekich od fair play i przyzwoitości.

Sprawdza się stare powiedzenie o kradzeniu krów. W tym przypadku krowę (chyba można powiedzieć, że wraz z pastwiskiem i pastuchem) ukradziono Portugalczykowi, więc zapewne uszczypliwości będzie jeszcze co nie miara.

Jak jednak pokazuje historia, Murinho szybko się otrząśnie z porażki, wróci na stare tory i znowu będziemy mogli obserwować jego popisy medialne.

 

 


Sześciopak – Maraton Piasków

Ludzie w wieku około 40-50 lat pamiętają jeszcze takie czasy, kiedy Arabowie nie byli terrorystami, tylko malowniczymi postaciami z filmów przygodowych, mieli turbany, a nie kominiarki, zaś pustynia była romantyczna i wołała o przygodę.

Być może to dlatego właśnie wśród biegaczy tego pokolenia Maraton Piasków budzi takie emocje i skojarzenia, być może dlatego jest imprezą legendarną i tak działającą na wyobraźnię.

To bieg - ikona nie tylko z powodu walorów sportowych, bo wcale nie bywa najtrudniejszym biegiem na świecie, ale także z powodu obecności w mediach: transmituje go Eurosport, filmy o nim realizuje Discovery, pojawia się w licznych relacjach internetowych.

Jest też wielce ważny we francuskich mediach publicznych, jako że rozgrywany w tradycyjnie francuskim Maghrebie i francuscy ultra biegacze mają tam prawdopodobnie największy udział. Promocja robi więc swoje, bieg jest medialnie piękny i romantyczny dla obserwatorów.

Marathon des Sables to tak naprawdę 6 biegów, z których najdłuższy, rozgrywany w ciągu dwóch dni, ma około 80 kilometrów, a najkrótszy – kilkanaście. Jeden z etapów zawsze ma dystans maratoński. Bieg rozgrywany jest na piaskach Sahary, w południowej części Maroka. Trasa łącznie ma zawsze około 250 kilometrów, zmienna co do swojego przebiegu, ze względu na zawirowania geopolityczne między innymi.

Zazwyczaj w biegu startuje około 1000 biegaczy, choć wpisowe wynosi 3100 EUR dla biegacza indywidualnego, 3200 EUR dla członków zespołów. Rozegrano jak do tej pory 31 edycji tego biegu. Zdarzały się wypadki śmiertelne, głównie związane z odwodnieniem, pomimo tego, że nad bezpieczeństwem uczestników czuwa wielki sztab medyczny.

Swoją drogą, jeśli medycy stwierdzą na punktach kontrolnych odwodnienie, oprócz podłączenia do kroplówki, dostajesz dwugodzinną karę czasową. Drugi przypadek odwodnienia lub jakiejkolwiek intensywnej pomocy medycznej – oznacza dyskwalifikację. Przekaz jest jasny - dbaj o siebie, bo tu można umrzeć.

Dyrektorem biegu jest legendarny ultras Patrick Bauer, który wpadł na pomysł tej imprezy w 1984 roku, kiedy samotnie przemierzył 350 kilometrów saharyjskich pustkowi, z dala od wiosek, oaz i wszelkiego zycia. Pierwszy bieg pod szyldem Martahon des Sables zorganizowano w 1986 roku i wystartowało w nim 23 śmiałków.

Bieg jest z definicji biegiem wytrzymałościowym, realizowanym w formule „samowystarczalnej”, co oznacza, że na plecach należy nieść wszystko, co może być niezbędne podczas takiej przygody. Lista sprzętu obowiązkowego jest długa, a wśród przedmiotów pierwszej potrzeby jest na przykład pompka do jadu skorpiona. Niezbędnik jest rygorystycznie sprawdzany podczas odprawy technicznej przed biegiem. Organizatorzy zapewniają wodę i namioty na punktach kontrolnych, plus oczywiście wspominaną już pomoc medyczną.

Sprawdzana jest też żywność – podczas całego biegu musisz zapewnić sobie 14000 kalorii. Jeśli podczas kontroli nie udowodnisz, że masz ze sobą co najmniej 2000 kalorii na dzień biegowy – dostajesz 2 godziny kary czasowej.

Polacy pojawili się w tym ikonicznym biegu stosunkowo niedawno. Pierwszy był Stefan Stefański w 2001 roku – zajął świetne 18 miejsce. Potem pojawili się kolejni polscy biegacze, a w 2015 roku biegł już polski sześcioosobowy zespół. Najlepiej poradził sobie Michał Głowacki, który finiszował na 14 pozycji.

 

W tym roku, w kwietniu, pobiegło dwóch Polaków: ponownie Michał Głowacki i debiutant w tym biegu, Bartosz Mejsner. Pierwszy z nich ukończył bieg na 18 miejscu, drugi zajął 302 pozycję.

Warto dodać, że Michał Głowacki osiągnął w 2016 roku doskonałe wyniki podczas biegu Wings for Life (biegł w Cambridge) - 55 miejsce wśród mężczyzn w rankingu światowym i 2 miejsce w rankingu krajowym. Przebiegł 58,49 km.

 


Radocha z klęski? Real - Legia 5:1, ale wstydu nie ma!

Wczoraj Legia Warszawa pregrała z Realem Madryt 5:1. I wszyscy się cieszą.

A Prezes Legii nawet pochwalił się na Twitterze, że Prezes Realu zapytał o cztery nazwiska Legionistów. Podobał się komentarz jednego z fanów: "może szukał egzotycznych imion dla swoich pinczerków?"

Nie chcemy nikogo obrazić. Legia nie grała fatalnie.

Początek meczu był świetny, z polotem i sportową złością, agresją mogącą przynieść efekty. Raz był słupek, a akcje Legii mogły się podobać i na usta csnęło się pytanie: czy my naprawdę to widzimy? Bo spodziewaliśmy się pogromu i bezbarwnej polskiej drużyny, a zobaczyliśmy zespół dzielnie walczący z pierwszym składem najlepszego europejskiego klubu piłkarskiego. Wydaje się, że faktycznie mogą wracać do kraju z głową wysoko podniesioną, szczególnie, gdy w pamięci mamy obrazki z meczu z Borussią. Nawet Szpakowski był podekscytowany, a to już coś.

Real grał nieco nonszalancko i to też zapewne pomogło Legionistom. Mieli szczęście, że to nie był dzień sfrustrowanego Ronaldo, który juz na początku drugiej połowy zaczął swój taniec rozpaczy - rozkładanie rąk, kaczorek na twarzy, uśmiechy niedowierzania, słowem: foch supergwiazdy. Widać było, że nie zdziała wiele.

Real nie cisnął, zostawiał miejsce na akcje i Mistrz Polski to dzielnie wykorzystywał, wyprowadzając całkiem przyzwoite kontrataki. Przyjemnie się to oglądało, nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy pozostaje myśl, że Real potraktował to spotkanie jak sparing i trening.

Wstydu nie ma, ale przegrana 5:1, strata pięciu goli w grze i zyskanie jednej bramki z karnego, to jest - proszę Państwa - klęska i przepaść. Mistrz Polski strzelił gola w Lidze Mistrzów. Ale w tym samym czasie stracił już 13 bramek i nie zdobył nawet jednego punktu. Statystyki? Wicej biegają, więcej się ruszają, mają celniejsze podania. Ale ciągle jeszcze ogromna jest przepaść pomiędzy piłką polską i europejską.

Jeszcze daleko nam do sytuacji, gdy emocje będzie wzbudzać poziom sportowy klubu, a nie poziom agresji bandytów z klubem związanych.

Mimo wszystko - gratulacje dla piłkarzy Legii za dobre widowisko.

 

 


Pięć kółek szczęścia - czyli o biegu Barkley Marathons

Jest na świecie wiele biegów, wiele biegowych kategorii i sposobów biegania. Można pobiec na sportowo, można po piwo.

Mamy sławne maratony: Nowy Jork, Londyn, Berlin, Chicago, Budapeszt, by wimienić kilka. Są niezwykle trudne biegi na dystansach ultra (za takie zwykło się uważać zawody rozgrywane są na dystansach dłuższych, niż maratońskie 42195 metrów).

Warto wspomnieć najsławniejsze, a więc: UTMB - bieg dookoła Mont Blanc na dystansie 168 km, Marathon des Sables (Maraton Piasków - 230 km po Saharze), Western States (161 km po górach Sierra Nevada), Fat Dog 120 (120 mil po Górach Kaskadowych w Kanadzie), Hardrock 100 w Kolorado, Tarawera na Nowej Zelandii.

Mamy wreszcie naszego swojskiego bieszczadzkiego Rzeźnika (78 km plus dystanse 100 i 140 km dla chętnych) czy Chudego Wawrzyńca (dystanse 50 i 80 km w Beskidzie Żywieckim).

A jednak jednym z najciekawszych biegów na naszej planecie, zapewne nieznanym szerokiej publiczności, jest z pewnością Barkley Marathons, ukryty głęboko w Apallachach, w stanie Tennessee.

Bieg rozgrywa się w  rezerwacie Frozen Head State Park leżącym na terenie Morgan County, w niedostępnych górach Crab Orchard, będących częścią łańcucha Cumberland  w południowo-wschodnich Apallachach. To jedna z najdzikszych, najsłabiej zaludnionych i najbardziej niedostępnych części stanu Tennessee i USA w ogóle.

Barkley Marathons jest głęboko ukryty nie tylko w górach, ale też w środkach przekazu, bo żeby w nim pobiec, trzeba najpierw dowiedzieć się… jak się zgłosić, bo nie jest to szeroko komunikowane. Potem trzeba wysłać aplikację, zdać egzamin(!) i znaleźć się w gronie 40 szczęśliwców, którzy zostaną zaproszeni do biegu. Co ciekawe, co roku zapraszana jest jedna osoba, która NIE SPEŁNIA żadnych wymogów i jest swego rodzaju maskotką. Zazwyczaj odpada pierwsza.

Zasady Barkley Marathons są proste: wpisowe wynosi 1 dolar, 60 centów i jakiś gadżet zależny od kaprysów organizatora (flanelowa koszula, skarpetki, tablica rejestracyjna z Twojego kraju). Biegnie się po okręgach, które zaczynają się i kończą przy słynnej żółtej bramie na leśnym parkingu. Biegacze atakują każde kółko w odwrotną stronę (pierwsze zgodnie z ruchem wskazówek zegara, kolejne przeciwnie). Każde kółko ma około 35 km, ale i tak wychodzi więcej, bo można się zgubić. Kółek jest pięć. Łączny dystans to około 160 km (100 mil).

Około, bo trasa jest tajemnicą i trzeba ją sobie wyznaczyć samemu na podstawie rysunku i punktów orientacyjnych dostarczonych przez Organizatora.. Żeby udowodnić, że przebiegło się kółko po trasie, trzeba przynieść 11 kartek wyrwanych z 11 książek ukrytych w lesie na niby punktach kontrolnych – wyrywasz kartkę ze swoim numerem startowym. Oczywiście książki też sobie musisz znaleźć. Nie można używać elektroniki, telefonów, GPS – tylko papierowa mapa, ołówek i kompas. W historii biegu około 30 zawodników odpadło „przed pierwszą książką” ukrytą na drugiej mili… Książki mają znamienne tytuły zazwyczaj. "Idiota", "Śmierć w lesie" i takie tam.

Łączne przewyższenie odpowiada temu, które trzeba pokonać wchodząc na Mount Everest. Dwukrotnie. Oficjalnie to 54 200 stóp, jakieś 16 kilometrów.

Bieg organizowany jest od 1986 roku. Ukończyło go jak do tej pory 14 osób. W tym jedna dwukrotnie (Brett Maune) i jedna trzykrotnie (Jared Campbell). Rekord należy do Bretta Maune i wynosi 52:03:08. Pięćdziesiąt dwie godziny, trzy minuty i osiem sekund. Limit czasu to 60 godzin.

Można przebiec cały dystans, ale to trudne, jak pokazuje historia albo tak zwany Fun Run, czyli trzy kółka. Sporo osób traktuje Fun Run jako cel życiowy.

Pomysłodawcą, organizatorem i dyrektorem biegu jest guru biegania ultra Gary "Lazarus Lake" Cantrell, który wpadł na pomysł zoragnizowania tych zawodów, gdy usłyszał w 1977 roku o ucieczce Jamesa Earla Raya, zabójcy Martina Lutera Kinga, z pobliskiego więzienia Brushy Mountain State Penitentiary. Trasa biegu prowadzi zresztą tunelem pod tym więzieniem.

Cantrell zrobił wszystkim psikusa, bo początkowo nie powiedział, że cały bieg ma pięć kółek. Nikt wówczas nie biegał takich dystansów. Dopiero w 1995 roku, kiedy Mark Williams ukończył cały bieg, Cantrell przyznał, że od początku chciał organizować zawody na dłuższym dystansie.

I zawsze, na znak rozpoczęcia biegu, zapala papierosa.

By Michael Hodge - https://www.flickr.com/photos/mhodge/3412112995/, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=48695343

Co ciekawe, mimo tak trudnego profilu i ekstremalnego wysiłku, który muszą włożyć zawodnicy, nigdy nie doszło do wypadku śmiertelnego, obeszło się również bez szczególnych historii związanych z wypadkami lub zagrożeniami.

A czemu Barkley Marathons? A bo Barkley to nazwisko kumpla Cantrella, fajnego gościa, który mieszka w okolicy Wink

 

 


Legia jedzie do Madrytu... na opinii

Już jutro w Madrycie Legia Warszawa zmierzy się z jednym z najlepszych klubów świata, Realem w rewanżowym meczu Ligi Mistrzów.

W Hiszpanii płikarskich emocji mecz ten nie budzi żadnych, ale oczywiście razem z polską drużyną jedzie tam opinia o polskich kibolach - hiszpańskie media opisują ich jako nacjonalistów, utraprawicowych bandytów, zadymiarzy i kryminalistów.

Wiele pisze się o zamieszkach, do jakich doszło podczas meczu z Borussią i przyczynach, dla jakich UEFA zdecydwała się zamknąć stadion. Gazety i portale wspominają o "Staruchu" oraz i warszawskiej bojówce "Teddy Boys 95" - generalnie więc spodziewają się wielkiej rozróby, zamieszek i dewastacji.

Mecz już jutro, szkoda więc, że polska drużyna w Lidze Mistrzów nie przynosi powodów do dumy i to nie tylko z przyczyn sportowych. Miejmy nadzieję, że ktoś kiedyś wyciągnie z tego wnioski.

Oglądacie? Bo my, po tej stronie klawiatury, to jeszcze nie wiemy...

Kibicujecie? A komu?

http://www.marca.com/futbol/real-madrid/2016/10/16/5803c27e468aebaf768b456d.html

 

 


Kadra po polsku - piłka z zapojką

No i okazuje się, że to nie jest tak, że oni słabo grają czy coś, ale zwyczajnie popili!

To w sumie dobrze, bo można by naprzykład zwątpić w taktykę "podaj do Lewandowskiego i leć w tę samą stronę co on", umiejętności piłkarzy albo na przykład obwiniać zły system szkoleniowy stosowany przez PZPN. Albo weźmy z kolei zarządzanie lokalnymi klubami sportowymi i szkolenie dzieciaków, które nie przynosi w przyszłości wybitnych zawodników.

A oni zwyczajnie popili. A Nawałce chyba nikt nie powiedział, że oni tak piją, bo pewnie by coś zrobił. A może jego autorytet i metoda trenerska wyklucza wsłuchiwanie się w takie głosy? Może to faktycznie jest tak, że jak się gra z orzełkiem na klacie, to w hotelach powinny być dziewczyny, kochanki żony i rodziny piłkarzy? Może to działa motywująco, takie wyprztykanie przedmeczowe?

W sumie jednak, to czego spodziewać się po chłopakach - piłkarzach, pochodzących często z bardzo trudnych środowisk? Że jak mają wolny czas na zgrupowaniach, że jak ich nikt nie ciśnie, to pójdą do hotelowej biblioteki i paparazzi ich przyłapią na czytaniu książek? Chyba nie trzeba wielkiej psychologii, żeby przewidzieć, że normalnie pójdą na gorzałę?

Że są profesjonalistami, ktoś powie, że są w pracy, że normalnie za takie rzeczy to jest paragraf i zielona trawka w normalnej firmie? Zaraz byście chcieli normalnie, a to przecież po polsku - jak zwykle byle jak i byle do przodu.

Ważne, że wrócili i zagrali. Mógł być walkower.