Wrzesień 2016

Ojej, zamknęli im stadion!

Wielkimi krokami zbliża się mecz pomiędzy Legią Warszawa a Realem Madryt.

To będzie prawdziwie historyczne wydarzenie, ale UEFA zdecydowała się zamknąć stadion Legii. Ten wyrok to pokłosie bandyckiej rozróby, jakiej dopuścili się pseudokibice Legii podczas blamażu (bo jakoś ciężko to nazwać "meczem") z Borussią Dortmund.

Na szczęście okazało się szybko, że rozróba rozpętana została przez zwykłych bandytów, a nie przez jakichś rasistów, broń Boże, bo by było dopiero. Pewnie akurat nie dowieźli bananów do stadionowych sklepików i rasiści nie mieli czym rzucać. I gdzieś poszli. A zwykli bandyci odpalili race, porzucali czym tam popadnie, bez rasistowskich podtekstów tylko tak normalnie, po bandycku, potem zablokowali drogi ewakuacyjne, zabrali ochronie gaz i popsiukali dookoła.

No i się rozeszli. Co bardziej aktywni (było ich sześćdziesięciu) dostali maksymalny wymiar kary. Dwa lata zakazu stadionowego. Jeju, jak oni będą z tym żyć? No jak?

Działacze klubu na razie, jak sami mówią, nie wiedzą, za co jest kara. No jakoś jeszcze się nie zorientowali. No i trudno im się odwołać. Taką mają zagadkę teraz, a chcą jednak ten mecz z kibicami, bo przecież jakoś tak bardziej wypada w Lidze Mistrzów. I wiecie, te pieniądze to też są ważne i warto jednak.

Ciężko jednak nie zgodzić się z dzisiejszą wypowiedzią Jerzego Dudka dla TVN24, który jako winnych tej sytuacji wskazuje właśnie działaczy klubowych i szefów Klubu. Gdyby nie ich ciche przyzwolenia, gdyby nie tolerancja dla tego rodzaju zachowań, z pewnością możliwe by było ograniczenie podobnych ekscesów do minimum. A przecież jest faktem, że na tego typu zachowaniach, co podkreśla Dudek, Legia straciła już wielkie pieniądze i wręcz chwali się, że "taki ma klimat".

Przecież dochodzi do bójek kiboli z własnymi stewardami, wywodzącymi się ze środowisk kibicowskich - to jest elementarny przykład złamania solidarności klubowej, takie rzeczy nie dzieją się na żadnych stadionach cywilizowanego świata. Dudek mówi: to recydywa i szybko się nie poprawi.

Ma rację. Taka sytuacja będzie trwać, dopóki kary nie zaczną dotykać osobiście władców klubu, dopóki nie zaczną odpowiadać własnymi pieniędzmi za tego rodzaju wybryki. To jest jedyna droga do opanowania sytuacji, bo tylko wtedy nie da się rozmyć odpowiedzialności. Ale - do tego trzeba odpowiedniej atmosfery nie tylko sportowej, ale też społecznej i politycznej. POLITYCZNEJ.

A dziś, politycznie rzecz ujmując, to właśnie ONI są lepszego sortu.

Dobrze, że transmisji nie zakazali. Popatrzymy i mimo wszystko będziemy trzymać kciuki za PIŁKARZY Legii.

 


Maraton w Berlinie nie przyniósł sensacji, a jednak był najszybszy w historii

Rozstrzygnięty niedawno maraton w 43. BMW Maraton w Berlinie pokazał, że stosunkowo niewielki zysk około 2 minut, jaki potrzebny jest do przełamania bariery 2 godzin w biegu maratońskim, to jeszcze sprawa biegowej epoki. Komentatorzy spodziewali się tego już w tym roku w Berlinie, jednak biegacze nie dali rady.

Mimo tego, że tegoroczna impreza w stolicy Niemiec okazała się najprawdopodobniej najszybszym biegiem na tym dystansie w historii (mowa tu o średniej prędkości całej stawki), nie wystarczyło to ani do przełamania 2 godzin, ani nawet do wywalczenia nowego rekordu świata. I to pomimo sprzyjających warunków atmosferycznych (temperatura wynosiła około 12 stopni, wiatr nie był zbyt mocny i nie wiał zawodnikom w twarz).

Najlepsi narzucili tempo iście sprinterskie, szczególnie na starcie - 2:40 min/km!! Ronoch, Kipsang, Lema tasowali sie na prowadzeniu, Kipsang ewidentnie atakował rekord świata, peacemakerzy odpadli już w okolicy połowy dystansu (powinni dotrzymać do około 30-go kilometra), walka pomiędzy najlepszymi biegaczami przypominała rozgrywkę szachową, pełna kontrola tempa i przewagi widoczna była na każdym etapie biegu.

Bieg wygrał Bekele z oficjalnym czasem 2:03:03 i nie udało mu się pobić rekordu Kimmeto, drugi był Kipsang z wynikiem gorszym o 10 sekund, a trzeci Evans z czasem 2:05:31. Wśród kobiet wygrała Aberu Kebede, która osiągnęła wynik 2:20:45.

Nie udało się tym razem połamać czasów i rekordów, a łatwo przewidzieć, że biegacz, który jako pierwszy przebiegnie królewski dystans poniżej 2 godzin – na zawsze zostanie zapisany wielkimi literami w kronikach, tak jak Filippides, pierwszy maratończyk w historii.

Warto dodać, że najszybszym Polakiem był Piotr Cypriański (2:37:14), a najszybszą Polką Anna Aresniuk (2:58:39). W sumie pobiegło ponad 40 tysięcy osób!


Robert Kubica - o co tu chodzi?

Powrót Roberta Kubicy na tor wyścigowy to temat gorący i mocno komentowany przez polskie media sportowe i plotkarskie.

A więc wrócił!

Jak na razie tylko jednorazowo, co potwierdzają władze Renault, ale jednak mogliśmy oglądać Polaka znowu w wyścigowym bolidzie. Ścigał się w przedostatniej rundzie serii Renault Sport Trophy na torze Spa - Francorchamps.

No i faktycznie odniósł tam sukcesy, bo bez doświadczenia, w zasadzie z ulicy, zajął trzecie i czwarte miejsca w weekendowych zmaganiach. I mnie to osobiście cieszy, ale drażni co najmniej tak samo. Bo Robert Kubica to kierowca wielkiego talentu, być może nawet talentu na miarę kierowcy wszechczasów, tak jak Lauda, Senna, Schummacher. W 2011 roku zdecydował jednak, że ważniejsze jest pojechanie w rajdzie Ronde di Andora (czytaj: dookoła podwórka). I omal tam nie zginął.

Gdyby był zwykłym śmiertelnikiem, pewnie dziś nie miałby ręki. A tak został kierowcą wyścigowym prawie bez ręki. Mimo tego odnosił sukcesy w innych seriach rajdowych - w 2013 został mistrzem świata WRC2. Ale to brzmi nieco gorzej, niż Mistrz Świata F1, prawda?

Dla mnie zawsze będzie istniała różnica pomiędzy drogą Raikonnena i drogą Kubicy. Ten pierwszy najpierw udowodnił, co jest wart na torze, a potem zaczął realizować pasje. Ten drugi - w trakcie udowadniania swojej wartości, stracił przez pasję wszystko.

Robert Kubica powiedział niedawno w wywiadzie, że rozważa w przyszłym sezonie starty w dwóch seriach wyścigowych. Zakładam, ze wśród tych propozycji jednak nie ma F1, bo pewnie by się nie zastanawiał. Osobiście chciałbym zobaczyć go w Le Mans. W prototypach.

Naprawdę liczę na takie emocje i szczerze kibicuję! I obiecuję siedzieć 24 godziny przed TV.

 

 


Paraolimpiada - fenomen supermotywacji

Wczoraj zakończyły się Letnie Igrzyska Paraolimpijskie w Rio, podczas której 90 polskich sportowców zdobyło łącznie 39 medali - 9 złotych, 18 srebrnych i 12 brązowych. Tym samym Reprezentacja Polski, wystawiająca zawodników w 13 dyscyplinach, zajęła 10 pozycję w klasyfikacji medalowej.

Ale nie o klasyfikacjach medalowych ma być ta refleksja, tylko po postawie sportowców (nie tylko polskich) podczas tych niesamowitych zawodów. Niesamowitych, a pewnie na placach u ręki można policzyć tych, którzy oglądają takie zmagania, bo to trochę dziwnie tak patrzeć, jak ktoś serwuje w tenisie stołowym nogą, a paletkę trzyma w ustach, prawda (mowa oczywiście o Ibrahimie Hamadotou z Egiptu)?

Taki trochę dziwny dreszcz na plecach, a okazuje się, że można skakać wzwyż bez nogi, a w dal będąc niewidomym. A nawet biegać bez nóg. Takie cuda.

A jednak te cuda fatalnie sprzedają się w świecie pięknych i szczupłych. Organizatorzy XV Paraolimpiady w Rio mieli problem ze sprzedażą biletów, planowali ich rozdawanie szkołom i instytucjom. Kilka dni przed ceremonioą otwarcia, rozprowadzono niewiele ponad 30% miejscówek, a kosztowały grosze. Wielki koncerny niechętnie budują wizerunek w oparciu o niepełnosprawnych sportowców, a więc i sponsorsko sprawy wypadają nieciekawie.

Historycznie olimpijskie zmagania osób niepełnosprawnych wywodzone są od imprezy sportowej zorganizowanej prez brytyjskich weteranów wojennych w roku 1948 (Stoke Mandeville Games), jednak zawodnicy niepełnosprawni startowali w Igrzyskach już wcześniej (w 1904 roku George Eyser wziął udział w Olimpiadzie w Saint Louis, był gimnastykiem i zdobył tam 6 złotych medali - miał protezę jednej nogi).

Formalnie pierwsze letnie igrzyska paraolimpijskie odbyły się w roku 1960, a zimowe w 1976. Inicjatorem letnich zmagań był sir Ludwig Guttman, wybitny niemiecki lekarz neurolog. Od drugiej połowy lat 80-tych, Igrzyska Paraolimpijskie odbywają się w tym samym miejscu, co Olimpiada główna.

Historia jest jednak historią, a najważniejszy wymiarem zmagań paraolimpijczyków jest siła woli i motywacja, którą tak często zawstydzają chemicznie wspomaganych pełnosprawnych mistrzów. To jest prawdziwy tryumf woli i ducha, przełamanie fizycznych barier i wola zwycięstwa.

Pełni podziwu dla sportowców - gratulujemy!

 

 


Legia nie na miarę Ligi Mistrzów.

No to jak, kibicowaliśmy Legii w Lidze Mistrzów?

No pewnie, że tak, bo przecież to chyba po raz pierwszy od dwóch dekad widzimy polską drużynę w rozgrywkach tej klasy.

Ostatnio nawet Redakcja zastanawiała się (patrząc sobie w lusterko, bo tylko tak się Redakcja może zastanawiać), kiedy to zobaczymy naszą własną, polską drużynę klubową w Lidze Mistrzów i wyszło, że nieprędko.

A tu proszę bardzo, takie zaskoczenie! No zaskoczenie, bo przecież wszyscy oglądaliśmy eliminacyjny mecz z mistrzem Irlandii.

Ucieszyliśmy się. Oglądamy! Będą emocje.

No i oglądaliśmy, a na początku nawet kibicowaliśmy. 

Bramki zaczęły padać zaraz na początku spotkania. Jeden problem - wszystkie piłki były jednak w tej samej siatce. Siatce Legii. Legii bezbarwnej, smutnej, przygniecionej poziomem rywala. To była drużyna widoczna na boisku tylko z powodu białych koszulek, która nie pokazała nic, zupełnie nic ciekawego.

Tylko jeden bramkarz miał co robić, tylko jedna połowa boiska była zadeptana. Oczywiście po przerwie się to wyrównało, bo akcja przeniosła się na część dotychczas niemal dziewiczą.

Smutny Szpakowski (komentował na Jedynce), któremu chyba przez całe spotkanie nie udało się zaakcentować nawet jednej sylaby, dopełniał smutnego widoku. Zero emocji, zero modulacji głosu. Nuda.
Drużyna w lidze mistrzów to jedno, jak się okazuje, ale drużyna NA MIARĘ Ligi Mistrzów to już zupełnie inna para kaloszy. I chyba wynika to nie tylko z uwarunkowania sportowego, ale też z  przyczyn finansowych, bo różnice między małymi i dużymi graczami w Lidze Mistrzów są gigantyczne.

No to teraz teraz, niecierpliwie, czekamy na mecz z Realem.

O tym, co działo się na trybunach to nawet nie warto chyba pisać, bo wstyd. Kpiną można tez nazwać tłumaczenia Klubu po zadymach. Wydaje się, ze jakieś szanse na zmianę będą dopiero wtedy, gdy karani będą nie kibole, ale prezesi klubu, jego udziałowcy, prywatnie po kieszeniach. Inaczej to żadne restrykcje nie zadziałają, a będą tylko ukarani kibole, zamknięte stadiony i wstyd na cały świat. Nie tylko piłkarski.

Takie właśnie zostało wrażenie po wczorajszym meczu.

 


Sezon maratonów trwa. Co się stanie w Berlinie?

Właśnie trwa jesienno-zimowo-wiosenny sezon wielkich  (i mniejszych) biegów maratońskich.

Czekają nas największe światowe biegi: Sydney, Berlin, Chicago, Londyn, a także Warszawa.

Oczywiście oprócz zapaleńców i amatorów, zwykłych codziennych biegaczy, ścigają się w tych ogromnych imprezach także ludzie, dla których bieganie jest sposobem zarabiania na życie. Zawodowcy biją kolejne rekordy (nie zawsze uczciwie - co uczciwie trzeba dodać), a czasówki śrubowane są niemiłosiernie.

Obecnie Świętym Graalem biegania długodystansowego jest złamanie bariery 2 godzin w biegu maratońskim. Mowa tu oczywiście o biegaczach płci męskiej, bo w przypadku kobiet jest to pobicie mniej więcej 2:15, choć wszyscy spodziewają się, że Paula Radliffe może nieco zaskoczyć.

Aktualny rekord świata należy do Kenijczyka Denisa Kimetto, niesamowitego czarnoskórego biegacza, który osiągną wynik 2:02:57 podczas maratonu w Berlinie w roku 2014. Rekordzistą Polski jest Henryk Szost z czasem2:07:39, a wśród kobiet Małgorzata Sobańska z wynikiem 2:26:08.

Maraton w Berlinie to doskonałe miejsce do bicia rekordów, nawiasem mówiąc, bo poprzedni rekordzista, Wilson Kipsang, również osiągnął swój najlepszy czas, 2:03:23 podczas imprezy w tym mieście, rok wcześniej. A w całej historii tej imprezy rekordy notowano tam już sześciokrotnie

Przyczyną tego jest po pierwsze trasa płaska niemal jak stół, a po drugie bardzo niska średnia temperatura podczas biegu. Dlaczego ten drugi parametr jest taki istotny? Bo ciało człowieka podczas takiego wysiłku fizycznego wydziela niesamowite ilości ciepła - zawodowi biegacze mają wytrenowane pod niebiosa wskaźniki wydolności tlenowej, tzw. VO2max - a gdy zdolność do przyswajania tlenu rośnie, wzrasta także temperatura spalania (to tak jak wtedy, gdy dmuchamy na grilla). Wie o tym każdy, kto próbował biegać w temperaturze ponad 25 st. Celsjusza i po 5 kilometrach, zalany potem, odwodniony, słabnący w oczach, zerkał na zegarek i stwierdzał, że temperatura odczuwalna wynosi dużo ponad 40 stopni.

No i to dlatego największe imprezy długodystansowe odbywają się jesienią, zimą (maraton w Dubaju jest w na przykład styczniu) i wiosną.

Aby zrozumieć czym jest przekroczenie bariery 2 godzin trzeba uświadomić sobie, że oznacza to bieg z prędkością około 22 km/h przez cały dystans. To tempo 2:51 min/km. Niech każdy tego spróbuje. Weź smartfona albo zegarek z pomiarem tempa, rozpędź się do takiej prędkości i spróbuj ją utrzymać... minutę. A do zrobienia są 2 godziny z taką prędkością. To nawet na rowerze nie zawsze jest łatwe...

Maraton to nie tylko bieganie jak najszybciej, ale również strategia odżywiania się, picia, międzyczasów - w tym zawodowcom pomagają zające, czyli peacemakerzy. Ich zadaniem jest odpowiednie rozprowadzanie mistrzów, a także choćby robienie im tuneli aerodynamicznych, bo wiadomo doskonale, że wiatr w twarz potrafi spowolnić bieg i zniweczyć szanse na rekordowy wynik. Nie bez znaczenia jest też wsparci psychiczne i świadomość, że obok biegną pomocnicy.

Tak czy inaczej, maratony sezonu 2016/2017 na pewno przyniosą zupełnie nowe parametry biegania i na długo zapadną w pamięci fanów.

 


Mały góral wspina się na szczyty popularności!

Nairo Quintana wygrał tegoroczną edycję Vuelta a España. Jest to jego drugie zwycięstwo w wielkim wyścigu, po tym jak w 2014 roku zwyciężył w Giro d'Italia.

Oglądamy zapewne na własne oczy narodziny nowej gwiazdy kolarstwa, bo naturalną koleją rzeczy w przypadku tak silnego zawodnika będzie zapewne celem numer jeden kolarskiego świata, czyli zwycięstwo w Tour de France. 

Zapewne na tym Quintana skupi się w przyszłym roku, bo,przecież dwukrotnie był już tam drugi (2013 i 2015). Na pewno czekają nas wielkie emocje, bo wierzymy gorąco, że jego bezpośrednimi rywalami będą Rafał Majka i Michał Kwiatkowski.

Quintana praktycznie od 8 etapu nie oddał prowadzenia (z małą wpadką na etapie 10) i parł do przodu jak pociąg. Dwie i pół minuty przewagi nad  Froomem uzyskał na 15 etapie i to był moment przełomowy dla losów tego wyścigu. Taka przewaga okazała się być już nie do odrobienia.

Quintana przypieczętował więc swoją dominująca pozycję w kolarskim światku, a z Froomem wymienili wiele uprzejmości, komplementując nawzajem swoje predyspozycje i kolarskie moce nadludzkie.

Polakom w tegorocznym wyścigu dookoła Hiszpanii zupełnie nie poszło. Na 118 pozycji ukończył zawody Michał Gołaś, jego imiennik Michał Kwiatkowski wycofał się pomrukiem etapie z powodu kontuzji pleców, a Bartosz Huzarski, trzy dni pózniej, po kraksie rownież opuścił peleton.

Nawiasem mówiąc, komentując kolarskie zmagania, mamy zawsze szczerą nadzieję, że komentujemy emocje czysto sportowe, a nie farmaceutów i biomechaniczne wspomaganie zawodników.


Rzecz o wojnie w Manchesterze

Tak, zdecydowanie centrum piłkarskiego wszechświata był wczoraj Manchester, a konkretnie stadion Old Trafford.

Rozgrywany tam mecz pomiędzy United i City przyciągnął uwagę chyba wszystkich fanów piłki nożnej, serwisów sportowych, a także newsroomów wszelkiej maści.

Nie dość, ze mierzyły sie dwie wielkie drużyny, to jeszcze dowodzone przez najsławniejszych chyba obecnie piłkarskich trenerów, Jose Murinho i Seppa Guradiolę.

Składy obu klubów błyszczały gwiazdami: Ibrahimovic, Pogba, Bravo, Stones. Zabrakło oczywiście Aguero, pauzującego z powodu czerwonej kartki (za uderzenie łokciem Winstona Reida). A więc fortuna na boisku.

Jednak to ponownie Murinho musiał pogodzić się z porażką.

Dwie podstawowe przyczyny to doskonała dyspozycja De Bruyne, który szalał na murawie od początku aż do niemal samego końca, gdy - wyraźnie wykończony - niemal wymusił na Guardioli zmianę. Jego postawa była też z pewnością swego rodzaju policzkiem wymierzonym Murinho, z którym Belg ma na pieńku od czasów występów w Chelsea.
Drugi powód to jednak nie najlepszy dzień Ibrahimovica, który nie dochodził do piłek i dawał się łapać na spalonych, choć wyraźnie starał się być wszędzie tam, gdzie tylko trzeba było być przy najważniejszych akcjach.

No i w końcu to Zlatan i De Bruyne zdobyli bramki, a do listy strzelców dopisał się świetny Kelechi Iheanacho, który naprawdę godnie zastapił Aguero.

Tu pojawia się ciekawe pytanie - skoro City bez Aguero tak doskonale radzi sobie na wyjazdach w prestiżowych meczach, a sam Argentyńczyk zajmuje się biciem niewinnych ludzi na boisku, bo ma słabe nerwy, to jak zachowa się Guardiola przy ustalaniu składów na kolejne istotne mecze?

Ostatecznie mecz zakończył sie wynikiem 2:1 dla City i było to kolejne, bardzo prestiżowe zwycięstwo Guardioli nad Murinho.


Derby Manchesteru już dziś!

Już dziś o godzinie 13.30 rozpocznie się mecz pomiędzy utytułowanymi drużynami piłkarskimi z Manchesteru.

City i United zmierzą się po raz kolejny w swojej historii, ale debiutować będą w derbowym meczu obaj trenerzy: Josep Guardiola i Jose Murinho. Obu znamy z zaciętej rywalizacji, gdy trenowali Barcelonę i Real Madryt i dobrze wiadomo, że nie darzyli się gorącymi uczuciami. Dzisiejszy mecz jest kolejną odsłoną ich przeplatających się karier i życiorysów, ale dołączają do wielkiej historii i niezwykłej piłkarskiej rywalizacji.

Mecze pomiędzy drużynami z Manchesteru mają bardzo długą tradycję. Pierwszy rozegrano jeszcze w XIX wieku, 12 listopada 1881 roku, a drużyny występowały jeszcze pod nazwami Newton Heat (poźniejszy United) oraz West Gorton (City). 3:0 wygrał wtedy Newton Heat. Rekordową liczbę zwycięstw odnotował United, bo aż 71 na 171 spotkań.

Jeśli idzie o pozostałe globalne statystki, to warto pewnie wiedzieć, ze najwięcej występów zaliczył Ryan Giggs (36), a najwięcej bramek (11) strzelił w meczach derbowych Wayne Rooney.

Niezależnie od imponującej historii, dziś na pewno czekają na nas wielkie emocje. Transmisja dostępna na platformie nc+.

 


Polska - Węgry 1:1 - bramka stracona w doliczonym czasie!

 

Wtorkowy mecz na Arenie Lublin pomiędzy reprezentacjami Polski i Węgier do lat 21 zgromadził ponad 8400 kibiców i przyniósł sporo (głównie pozytywnych) emocji.

Nasi młodzi piłkarze cisnęli grę od początku spotkania i praktycznie cała pierwsza część meczu rozgrywała się na połowie Węgrów. Mimo naprawdę świetnej dyspozycji Polaków, dopiero w 27 minucie, po rewelacyjnym strzale bezpośrednim z rzutu wolnego, prowadzenie zapewnił nam Jarosław Jach.

Biało - Czerwoni nie spuścili z tonu i nadal cisnęli Węgrów, pokazując ogromną przewagę i wolę walki. Mimo tak walecznej postawy, nie wykorzystali już żadnej ze stworzonych szans, także tej z 57 minuty, kiedy to celny strzał Mariusza Stępińskiego obronił węgierski bramkarz.

Potem polskich piłkarzy zaczęło opanowywać zrozumiałe i naturalne zmęczenie, akcje stały się coraz bardziej niemrawe, a wolniejsze tempo otwierało Węgrom całkiem sporo niebezpiecznych sytuacji.

wydawało się, że skromne zwycięstwo zostanie dowiezione do końcowego gwizdka, a jednak... Jednak już w doliczonym czasie gry Węgrzy zrewanżowali się równie udanym strzałem z rzutu wolnego - Daniel Prossner strzelił niemal dokładnie z tego samego miejsca co wcześniej Jach i wyrównał na 1:1. Szkoda remisu, ale widowisko było naprawdę ciekawe.

Warto, naprawdę warto, podkreślić postawę licznie zgromadzonej publiczności, a w szczególności fanatycy ze Stowarzyszenia Kibiców Motoru Lublin Motorowcy. Fantastyczny doping w ich wykonaniu rozgrzewał trybuny i wciągał wszystkich, małych i dużych, w aktywny i bardzo głośny doping.

Spotkanie obserwowali, co trzeba wspomnieć, ważni ludzie polskiej piłki - Zbigniew Boniek i Adam Nawałka. Mecz Polska - Węgry był udanych testem dla Areny Lublin przed Młodzieżowym Euro 2017 - rozsądna organizacja parkingów, dobre zabezpieczenie, ciekawy obiekt i poukładana logistyka wróżą udaną imprezę.

Jedyny mankament to słabiutkie menu lokalnych barków z przekąskami, gdzie szybko skończyły się napoje, hot-dogi były niesmaczne i byle jakie, a podczas przerwy połowa stadionu została zasmrodzona dymem papierosowym.

Mimo wszystko - gratulacje dla piłkarzy, organizatorów meczu i samego Lublina, który na pewno będzie miło wspominany przez gości.